niedziela, 19 października 2014

Polowanie

Kilka miesięcy temu napisałam drabble do gry "Don't Starve". Takie tam króciutkie coś.

Polowanie



Wolfgang schował się za krzakiem. Widział już zająca, który wyściubiał nos ze swej norki. Widok zwierzęcia niezmiernie irytował mężczyznę, ponieważ od dłuższego czasu nie mógł go złapać.
Kolejne burczenie w brzuchu popchnęło Wolfganga do dalszych działań. W końcu musiał upolować coś na obiad, jeśli miał zamiar zachować siły i energię na resztę dnia. Jeszcze przez chwilę zastanawiał się nad strategią. Do ręki wziął siekierę i wyskoczył zza krzaka. Od razu pobiegł w stronę zająca, który pisnął przeraźliwe i wskoczył do norki.
Znów się nie udało. Wolfgang zaklął pod nosem , a następnie krzyknął na całe gardło:
 — Zając! Ja ci pokażę!

sobota, 20 września 2014

Idioci


Miniaturkę napisałam kilka miesięcy temu po obejrzeniu 10 odcinka 7 sezonu Supernatural.

Autor: Alice K
Fandom: Supernatural
Spoilery: Odcinek 10 sezon 7 

Idioci
— Idioci! — Bobby wykrzykiwał to słowo w stronę Sama i Deana, gdy znów coś schrzanili. Czasem zdarzało się, że mężczyzna kilkanaście razy przypominał im o najważniejszym składniku zaklęcia, a oni o tym właśnie zapomnieli. Ryzykowali życie z powodu swojej nieuwagi. Ludzie, którzy zachowują się w ten sposób, są po prostu idiotami. Bobby to wiedział i chciał, aby chłopcy też wiedzieli.

— Idioci — mruczał pod nosem Bobby. Ponownie na myśli miał Winchesterów. Jednak tym razem mówił sam do siebie. Dean po raz kolejny odłożył słuchawkę. Wraz z Samem będą mieli kłopoty, o ile już ich nie mają. Nie ma innego wyjścia. Trzeba im pomóc, opuścić posterunek i uratować ich kościste tyłki. Prosił ich wielokrotnie, aby uważali, ale oni wciąż robili wszystko po swojemu.

— Idiota. — W liczbie pojedynczej to słowo również padało z ust Bobby’ego. Zdarzało się to wtedy, gdy rozmawiał tylko z jednym z braci. Zazwyczaj Dean lub Sam ukrywali coś przed tym drugim lub martwili się o siebie nawzajem. Jednak zawsze w końcu zwierzali się wujkowi, który nazywał ich idiotami, bo nie przyszli do niego wcześniej. Ważne sprawy zostawiali na ostatnią chwilę. Nie wiedzieli, co to odpowiedzialność.

— Idioci. — Gdy Bobby wybudził się ze śpiączki, zdążył przed śmiercią powiedzieć to jedno słowo. Sam i Dean uśmiechnęli się do siebie, ponieważ wiedzieli, o co mu chodziło. Tym jednym słowem mógł przekazać wszystko.

„Cholerne dzieciaki, uważajcie na siebie. Kocham Was. Wujek Bobby.”


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Mój Doctor

Drabble do serialu Doctor Who. Pisane po finale drugiego sezonu. 

Autor: Alice K
Fandom: Doctor Who

Mój Doctor

Rose udała się do szpitala, ponieważ jej matka zaczęła rodzić. Idąc szpitalnym korytarzem, zobaczyła mężczyznę. Człowieka, który wyglądał jak ktoś, kogo dobrze znała. Miał rozczochrane włosy, bokobrody i zakrzywiony nos. Jedynym niepasującym elementem całego obrazka był brak płaszcza.
— Doctor? — zapytała, zastanawiając się jak to możliwe, że jest on tutaj teraz. Przecież się z nią pożegnał. Miała nigdy więcej go nie zobaczyć.
Mężczyzna odwrócił się do niej i uśmiechnął się.
— Mam  biały fartuch i stetoskop, więc chyba nim jestem — odezwał się głosem, takim samym, jaki miał Doctor.
Rose w końcu go znalazła. Miała swojego Doctora, który od zawsze był jej przeznaczony,


środa, 6 sierpnia 2014

Urodziny

Kolejne drabble do LOST. Tym razem o moim ulubionym bohaterze.

Autor: Alice K
Fandom: LOST

Urodziny


Mały chłopiec chowa się pod kołdrą. W rączce trzyma zapaloną latarkę.
— Sto lat! Sto lat! — Cicho wypowiada słowa piosenki, aby ojciec ich nie usłyszał. Nie może się dowiedzieć jaki dzisiaj dzień, ponieważ znów by krzyczał. Często podnosi głos bez powodu, czemu nie miałby tego robić teraz. Synek nie chce prowokować ojca. Boi się.
Chłopczyk wyobraża sobie, że latarka to tak naprawdę świeczka na ogromnym, lukrowym torcie. Zawsze marzył o takim cieście, ale nigdy go nie otrzymał. Mógł jedynie wyobrażać sobie, że je ma.
Chłopiec na chwilę zamyka oczy, aby wymyślić życzenie.
— Niech to się skończy — szepcze Ben i gasi światło.

piątek, 1 sierpnia 2014

Lot

Kolejny crossover i kolejny brak pomysłu na tytuł. :)

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter/LOST

Lot

Lot Oceanic 815 z Sydney do Los Angeles okazał się tragiczną podróżą. Sama katastrofa nie była najgorsza. Jednak wylądowanie na tej piekielnej wyspie, doprowadzało wszystkich do szału. Najbardziej poirytowany był człowiek, który różnił się od reszty bardzo ważnym elementem, miał magiczną moc.

Już na samym początkiem liderem został Jack Shepard. Wokół niego zebrała się grupka ludzi, którzy odgrywali ważniejsze role w życiu na wyspie. Pozostała część ocalałych wiodła spokojniejsze życie. Nikt nie wtykał nosa w ich sprawy, pozostali oni niezauważeni.
Czarodziejowi odpowiadało to. Teraz całe dnie mógł spędzać na chodzeniu po dżungli i szukaniu różdżki. Było to bardzo trudne zadanie zważywszy na setki drzew rosnących dookoła. On mógł mieć jedynie nadzieję, że różdżka nie wpadła do oceanu i jest gdzieś na lądzie. Musiał szukać dalej.

Kilka dni po katastrofie podszedł do niego Hurley z listą pasażerów. Był pierwszym z rozbitków, który odezwał się do maga.
— Jestem Hugo - przedstawił się. Nie musiał tego robić, ponieważ czarodziej znał imię każdego z wyspy. Był świetnym obserwatorem.
— Robię spis ludności. Jak się nazywasz?
— Snape.
Hurley spojrzał na listę. Odnalazł podane nazwisko po paru sekundach.
— Jesteś tu. Severus Snape. Swoją drogą dziwne imię.
Hugo nie słysząc odpowiedz, wzruszył ramionami i odszedł. Jeśli dziwak nie chciał z nim rozmawiać, trudno.

Severusowi ciężko było się przystosować. Musiał łazić po drzewach i łowić ryby (z patroszeniem ich nie miał problemu, w końcu nie takie rzeczy patroszył do eliksirów). Zdobywanie pożywienia nie było najtrudniejsze, jednak noszenie mugolskich ubrań już tak. Brak czarnej szaty sprawiał, że Snape nie czuł się sobą. Niedługo jednak miało się to zmienić. Potrzebował tylko swojej różdżki.

Snape obserwował pozostałych rozbitków i o każdym wyrobił sobie zdanie po niespełna dwóch tygodniach. Pewnego razu dla zabawy zaczął przydzielać ich do domów w Hogwarcie.
Hurley - przyjazny i zawsze skory do pomocy świetnie pasowałby do Huffelpuffu.
Jack wyglądał na mądrego człowieka. Jako lekarz był również dobrze wykształcony. W Ravenclaw znalazłby wspólny język z Krukonami.
Natomiast sprytna i zaradna Kate znalazłaby się w Slytherinie. Tak samo jak Sayid. Irakijczyk był dla niego wielką zagadką. Przeżył tak wiele, zabijał i torturował. Momentami Severus miał wrażenie, że patrzy w lustro. Obaj byli do siebie bardzo podobni. Gdyby kiedykolwiek zaczęli rozmowę, zrozumieliby się od razu. Tak wiele mieli ze sobą wspólnego.
Największym problemem Snape’a był Sawyer. Facet, dla którego liczy się siła. Obraża innych wymyślając nowe przezwiska. Co chwilę flirtuje z Kate, która się nim nie interesuje, a on chce zdobyć tylko ją. Uważa, że jest najlepszy i wszyscy go kochają. Do tego jego prawdziwym imieniem jest James! Snape na sam widok tego typa krzywił się z niesmakiem. Sawyer za bardzo przypominał mu znienawidzonego Jamesa Pottera. Gdyby tego było mało, kilka dni temu zaczął nosić okulary. Sawyer z pewnością trafiłby do Gryffindoru.

Severus Snape się opalił. Był oto niewiarygodne, ale brak balsamu chroniącego przed promieniami UV i spędzanie  całych dni na plaży robiło swoje. Snape zaczynał się zastanawiać, jakie zaklęcie pomoże mu załatwić problem. Z tą myślą ponownie rozpoczął poszukiwania różdżki. I ponownie pluł sobie w brodę, że nie zdecydował się na tę cholerną miotłę.


piątek, 25 lipca 2014

Prosba


 Kolejny crossover. Tym razem do House'a i Supernatural. Akcja fika ma miejsce po skończeniu House'a. Znów miałam problem z tytułem.

Autor: Alice K
Fandom: House/Supernatural




 Prośba

Był środek nocy, gdy na rozstaju dróg zjawiła się postać. Gregory House wdychał mroźne powietrze, a z jego ust wydobywały się kłęby pary. Mężczyzna nie wiedział, co tak właściwie tu robił. Nie wierzył w zabobony ani w cuda. Jednak był tutaj. Pojawił się w tym miejscu, żeby zrobić coś, co zaprzeczało jego wszelkim ideałom. Dla zasady nie powinien nawet próbować. To wszystko nie miało sensu, było jedną wielką bzdurą. House chyba potrzebował nadziei. Zdawał sobie sprawę, że wszelkie starania zawiodą, a on będzie się obwiniał, że tracił czas na szukanie sposobu, zamiast spędzić ostatnie chwilę z nim. Z drugiej jednak strony robił to wszystko właśnie dla niego. Jeśli jakimś cudem (cudem, w które nie wierzy) powiodłoby mu się, Wilson żyłby dalej. Dostałby czas, którego tak bardzo potrzebowali. Czas, którego potrzebował House.
Z kieszeni swojej skórzanej kurtki, House wyciągnął niewielkie, metalowe pudełko. Przerzucał je z jednej ręki do drugiej, przeklinając w duchu swoją głupotę. Naprawdę nie rozumiał swojego zachowania. Nigdy by tak nie postąpił. Jednak stary Gregory House już nie żył. Spłonął w pożarze. Może ten znajdujący się teraz na rozstaju dróg, mógł to zrobić. Mógł w to wierzyć.
House wykopał w ziemi niewielki dół i schował do niego pudełko. Potem zakopał go i czekał. Zamknął oczy, nie chciał zobaczyć, że nic się nie stanie.
— Czego chcesz przystojniaku? — Do uszu House’a dotarł kobiecy głos. Mężczyzna otworzył oczy. Przed sobą zobaczył postać. Nie wierzył w zbieg okoliczności, dlatego pojawienie się kobiety musiało oznaczać, że powiodło mu się.
— Chcę, aby James Wilson wyzdrowiał — powiedział bez chwili wahania.
— Da się to załatwić. Jednak nie ma nic za darmo.
— Oddam swoją duszę. — House był przygotowany na wszystko. Wiedział na czym polegają takie umowy, chociaż nie wierzył, że są prawdziwe.
— Jesteś pewny, że masz coś do zaoferowania? Może Twojej duszy od dawna nie ma? — zapytała. Tym samym zasiała niepewność w House’ie. Co jeśli miała rację i wszystkie jego starania poszły na marne. Człowiek taki jak on często jest nazywany bez serca. A co jeśli tak naprawdę ludzie maja na myśli brak duszy?
— Dziesięć lat. Daj mi dziesięć lat i uzdrów Wilsona.
Demonica skinęła głową.
— Dziesięć lat — powtórzyła głucho. — Skoro nalegasz.
Kobieta zbliżyła się do niego, aby przypieczętować umowę. House nie wahał się i od razu ją pocałował.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Kawal

Pod wpływem głupawki napisałam kilka drabbli do serialu LOST. Jednak nie wszystkie nadają się dla szerszej publiki. :)
Za namową przyjaciółki zamieszczam tutaj jedno z nich. Dedykuję to właśnie jej, bo napisane na życzenie.
Z braku pomysłu na lepszy tytuł, niech będzie ten nieszczęsny "Kawał". 

Autor: Alice K
Fandom: LOST

Kawał


John Locke uwielbiał kawały. Nie chodziło tutaj o pierdzące poduszki czy inne tego typu głupstwa. Miał na myśli poważne, ale śmieszne żarty.
Pewnego dnia John przysiadł na kamieniu i miał wielką ochotę opowiedzieć komuś dowcip. Jednak jego jedynym towarzyszem był pies Vincent. Locke opowiedział mu kawał.
Vincent się nie zaśmiał.

niedziela, 13 lipca 2014

Lestrade

 Poniższy  fic powstał w styczniu. Betowała Ariana Lupin, za co bardzo dziękuję.
 
Autor: Alice K
Fandom: Sherlock BBC
 
Lestrade

Sherlock Holmes nie żyje.

Gdy Lestrade usłyszał te słowa po raz pierwszy, siedział w swoim gabinecie. Miał mnóstwo spraw na głowie, związanych głównie z ucieczką Holmesa. Przeglądał papiery i sporządzał raporty do momentu, gdy ktoś przekazał mu wiadomość.
Lestrade nie pamiętał, kto to dokładnie był. Może Donovan, albo Anderson, z pewnością ktoś ze Scotland Yardu. Teraz nazwisko się nie liczyło, bo najważniejszy był sens słów. Z początku myślał, że to głupi żart albo pomyłka. Nie wiedział, o co chodzi, co się tak właściwie stało.
Lestrade wyszedł z gabinetu i udał się na parking. Następnie wsiadł w samochód, aby pojechać na miejsce, o którym mówiła Donovan. Adres budynku, z którego skoczył Sherlock, miał śnić się mu jeszcze przez wiele nocy.


Sherlock… on… on jest… martwy.

Gdy Lestrade usłyszał te słowa z ust Johna, wiedział, że muszą być prawdziwe. Watson by nie kłamał, nie w takiej sprawie. Nie z takim przekonaniem i rozpaczą. Dopiero teraz Lestrade zrozumiał, co tak właściwie znaczy to zdanie. Wybudził się z transu.
Policjant wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Pamiętał, że miał się ograniczać, ale tym razem mógł sobie pozwolić na zapalenie. Ten ostatni raz, za Sherlocka.

Sherlock Holmes skoczył z budynku!

Trzeci, czwarty, piąty i dziesiąty raz Lestrade spotkał się z tym zdaniem w gazetach. W każdym artykule można było wyczuć oburzenie społeczeństwa na wieść o rzekomo prawdziwej twarzy Holmesa. Ludzi nie interesowało to, że Sherlock miał przyjaciół, osoby, którym na nim zależało. Nie przejmowali się, że mówiąc tak o Sherlocku, krzywdzili innych. Oni potrafili tylko oskarżać go i traktować jak coś plugawego.
Z czasem jednak gazety również ucichły. Po kilku miesiącach Lestrade mógł udawać, że wszystko jest w porządku. Jedyną oznaką kłamstwa był papieros trzymany w dłoni.

— To cię zabije — mówi Sherlock, gdy widzi Lestrade’a na parkingu z papierosem. Tamten odwraca się do niego i patrzy mu w twarz.

W tym jednym momencie zdarzają się trzy rzeczy:
Lestrade rzuca papierosa na ziemię.
Lestrade rzuca się Sherlockowi na szyję.
Lestrade postanawia rzucić palenie.

czwartek, 3 lipca 2014

Samodzielność

Dawno nic nie wrzucałam, a na dysku znalazłam drabble sprzed kilku miesięcy. Crossover do Supernatural, drugi Fandom jest niespodzianką.

Autor: Alice K
Fandom: Supernatural/Niespodzianka



Samodzielność

Dean dyszał ciężko, opierając się o ścianę. Po raz pierwszy wykonywał robotę sam. Teraz zastanawiał się, na co to mu było. Owszem z początku cieszył się z zadania przydzielonego przez ojca. Jednak potem zrozumiał, że wypuszczanie szesnastolatka na polowanie jest cholernie nieodpowiedzialne. Jak John mógł wysłać go w takie miejsce!?
Dean po raz kolejny przemyślał plan działania. Następnie odetchnął i ruszył w dalszą drogę. Wchodząc po schodach musiał bardzo uważać, aby nie potknąć się o te piekielne stopnie.
Winchester szedł bardzo powoli, by nie zostać zauważonym przez poltergeista. Niestety złośliwy duch dostrzegł go.
Irytek ponownie rzucił kawałkiem kredy w Deana.

wtorek, 27 maja 2014

Rola

Tym razem prezentuję mój krótki crossover. Z braku lepszego tytułu niech będzie już ta nieszczęsna "Rola" :)

Autor: Alice K
Fandom: Glee/Supernatural


 Rola

— Zobacz. — Kurt pomachał ulotką, która informowała o castingu do musicalu wystawianego na Brodway’u. Rachel chwyciła kartkę i idąc przed siebie, przeczytała ją.
— Otrzymanie tej roli byłoby spełnieniem moich marzeń. Zrobiłbym wszystko, aby tu zagrać — stwierdził podekscytowany.
— Na pewno ci się uda. Będzie cudownie. — Berry również nie kryła entuzjazmu. W Nowym Yorku wszystko było magiczne i możliwe.
— Przećwiczysz ze mną piosenkę na przesłuchanie?
— Oczywiście, już nawet wiem, co możesz zaśpiewać. — Rachel klasnęła w dłonie.
— To musi być niezwykłe.
— I będzie. Teraz muszę biec na próbę do Funny Girl. Widzimy się wieczorem. — Dziewczyna ucałowała Kurta w policzek i pośpieszyła złapać taksówkę. Chłopak wciąż myśląc o możliwości dostania roli, wszedł do pobliskiej kawiarni. Za nim podążył obcy mężczyzna, który wcześniej przysłuchiwał się rozmowie przyjaciół. Nieznajomy podszedł do stolika, przy którym siedział Kurt i zwrócił się do niego:
— Mogę się dosiąść?
— Oczywiście — odparł Hummel. Wolałby siedzieć tu sam, ale wiedział, że to niegrzeczne odmówić komuś gościnności.
— Słyszałem, ze zamierzasz starać się o rolę w musicalu — zagadnął. Jego głos był ochrypły z wyraźnym akcentem.
— Skąd pan to wie? — zapytał chłopak podejrzliwie.
— Z ekscytacji zapomniałeś, że na ulicy nie powinno rozmawiać się tak głośno, aby nie usłyszeli cię wszyscy przechodnie.
Kurt oblał się rumieńcem. Może ten facet miał racje. Chłopak zanotował sobie w głowie, aby następnym razem ściszyć swój głos.
— Tak się składa, że mogę ci załatwić rolę bez przesłuchania. — Kurta zaskoczyła taka informacja.
— Jak to? Jest pan producentem? — zapytał wyraźnie zaciekawiony.
— Można tak powiedzieć. Tak przy okazji przyjaciele mówią na mnie Crowley.
— Kurt Hummel.
— Słuchaj Kurt, tak jak wspomniałem, mogę załatwić ci tę rolę.
— Jak znam życie, nie ma nic za darmo. Co chce pan w zamian?
— Powiedzmy, że za dziesięć lat po coś bym do ciebie przyszedł.
— Po co?
— Po twoją duszę.
Kurt prychnął. Ten cały Crowley widocznie był wariatem, nie producentem.
— Nie ma duszy. Tak samo jak nieba, piekła czy Boga.
— Uwierz, piekło istnieje, wiem coś o tym.
— To chyba koniec rozmowy — stwierdził Kurt i już zamierzał wstać od stołu.
— Poczekaj. Jeśli twierdzisz, że nie ma duszy, to czemu nie zawrzesz ze mną paktu?
Kurt zamyślił się na chwilę.
— Masz racje, w końcu niczego nie stracę.
— Ok. Musimy jeszcze zatwierdzić układ.
— Mam coś podpisać? Pakt krwi? — zakpił chłopak. Z jednej strony mógł uznać to za głupi żart, jednak z drugiej nie podobało mu się podpisywanie czegokolwiek. Facet mógł chcieć go w coś wrobić.
— Nie. Nie będzie żadnych podpisów. Tylko pocałunek.
Kurt popatrzył na demona z gniewem w oczach.
— To, że jestem gejem, nie oznacza, że będę dostarczał rozrywki każdemu facetowi, który szuka nowych wrażeń! Takie traktowanie do prześladowanie i homofobia! — Kurt wstał i szybkim krokiem wyszedł z lokalu, pozostawiając Crowley’a z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

piątek, 9 maja 2014

Misja

Witam!
Tym razem zamieszczam tekst, który został napisany specjalnie dla mojej przyjaciółki na urodziny, które ma dzisiaj. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!
A tu taki mały prezencik:
 

Uwaga: Tekst jest parodią!

Autor: Alice K
Fandom: Supernatural




Misja
— Żartujesz sobie ze mnie, prawda? — Dean spojrzał na Castiela. Twarz anioła zdawał się mówić, że nie jest mu do śmiechu.
— Wiem, że ci się to nie podoba, ale dostałem rozkazy.
— Nie pozwolę ci na to! — Dean zrobił krok w tył. — Tak poza tym nie jesteś archaniołem. Nie możesz…
— Mogę. Dostałem moc, aby to uczynić.
— Ale to jest nienormalne! Rozumiem Maryję, ale ja? Dlaczego?
— Dziecko musi pochodzić od ciebie. Będzie królem nowego świata. Tego po apokalipsie.
— Cas, co ty pieprzysz. Wraz z Samem zabijemy Lucyfera i nie będzie potrzebnym nam żaden zbawiciel, czy ktokolwiek inny!
— Nie zabijecie Lucyfera. Nie uda wam się to. On już wygrał wojnę.
— Więc powiem Michałowi „tak”. Zrobię wszystko, ale na pewno nie zgodzę się na niepokalane poczęcie.
— Dean, to nie będzie niepokalane poczęcie, ponieważ…— Cas miał zamiar wyjaśnić znaczenie pojęcia „niepokalane poczęcie”, ale Dean na to nie pozwolił.
— Cas, nie obchodzi mnie, czy to będzie niepokalane, pokalane, czy jeszcze inne poczęcie! Chodzi mi o to, że facet będący w ciąży to wariactwo. Jeszcze większym wariactwem jest fakt, że to ja mam być zapłodniony!
— To będzie bolało tylko przez chwilę. Potem wszystko wróci do normy.
— „To będzie bolało przez chwilę”? Te słowa mają mnie pocieszyć?
— Dean, nie jestem tutaj od pocieszania. Muszę wykonać swoje zadanie, swoją misję.
Castiel podszedł do Winchestera i za nim ten zdążył uciec, dotknął jego czoła. Światłość spłynęła na Deana.

Dziewięć miesięcy później:
— Sammy, wody mi odeszły! — Dean wykrzyczał te słowa w środku nocy, gdy wraz z bratem znajdywał się w małym, obskurnym hotelu. Gdy brzuch urósł mu do olbrzymich rozmiarów, musiał się ukrywać przed światem. Gdyby media dowiedziały się, że facet jest w ciąży, nie dałyby mu żyć.
— Trzeba wezwać Casa — odparł spanikowany Sam.
— Cas, ty sukinsynie! Przychodź tu w tej chwili, albo skopię ci tyłek. — Po tych słowach w pomieszczeniu pojawił się anioł.
— Już czas? — Nie czekając na odpowiedź, chwycił Deana, który zawył z bólu (skurczę się rozpoczęły) i położył go na łóżku.
— Nie mogę na to patrzeć. — Roztrzęsiony Sam wyszedł z pokoju, aby przejść się kawałek. Musiał zaczerpnąć świeżego powietrza, ponieważ cała ta sytuacja była lekko stresująca.
Tym czasem w hotelu działy się takie rzeczy, których nie chcielibyście wiedzieć. Krótko mówiąc, Castiel zrobił cesarkę i na świat przyszło dziecko.
— Jak je nazwiesz? — spytał Cas i podał Deanowi malutkiego chłopca.
— Nie wiem, może Led Zeppelin? — zapytał bardziej sam siebie. Odpowiedź widocznie usatysfakcjonowała anioła, który zmienił temat.
— Musisz wychowywać Leda do siódmego roku życia. Potem przejmie go niebo — wyjaśnił Cas. Na jego słowa Dean zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że niebiańskie sukinsyny chcą zabrać mu pierworodnego, którego już zaczynał lubić.
— Dlaczego niebo?
— Tam mieszkam.
— No i co z tego? To, że tam mieszkasz, nie znaczy, że… — W tym momencie Dean uświadomił sobie, że Cas jest drugim ojcem Zeppelina. — Ożesz w mordę czekoladę!
W pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza, która została od razu przerwana przez pojawienie się w pokoju Sama, który nabrał już tchu.
— Czy to mój bratanek? — zapytał głupio Sammy i podszedł do dziecka. — Dean, jak dasz mu na imię?
— Myśleliśmy nad imieniem Led Zeppelin — odpowiedział za niego Cas.
Sam, który studiował na Stanford i był bardzo mądrym i inteligentnym dzieckiem, dodał dwa do dwóch i wyszło mu, że Castiel jest drugim ojcem jego bratanka, czyli dziecka syna jego ojca i matki. 
— To wasze dziecko? — spytał zaskoczony młodszy Winchester i wytrzeszczył oczy.
— Tak, Sam. Przecież to logiczne. Jeśli zapłodniłem Deana, to jestem ojcem jego dziecka, które jest nasze.
Sam wyobraził sobie, w jaki sposób Cas mógł zapłodnić Deana i zrobiło mu się niedobrze. Stwierdził, że ponownie musi wyjść na dwór. Znów przydałoby mu się trochę świeżego powietrza.
— Wracając do kwestii wychowania naszego syna… — zaczął Dean po odejściu brata. Cas popatrzył na niego, aby dać do zrozumienia, że słucha. — Nie zgadzam się na rozdzielenie dziecka od rodziciela. Wychowamy naszego syna razem w małej chatce na Madagaskarze.
Castiel, któremu spodobała się myśl o mieszkaniu na wyspie i oglądaniu lemurów, nie dyskutował więcej.
— Zgadzam się, ale jest jeszcze jedna sprawa.
— Jaka? — spytał Dean i spojrzał na swojego synka z czułością.
— Sądzę, że Led Zeppelin powinien mieć rodzeństwo.

sobota, 3 maja 2014

Zabiłem Camelot



Tekst napisałam parę miesięcy temu. Taka krótka miniaturka o Arturze.

Autor: Alice K
Fandom: Merlin BBC

Zabiłem Camelot

— Zabiłem Camelot — mówi Artur stojąc na wieży zamkowej. Patrzy na miasto, które popadło w ruinę. Swąd palonych ciał unosi się w powietrzu. Do uszu króla dobiega lament i płacz mieszkańców.
— To nie twoja wina — tłumaczy Merlin. Przyjaciel nie chce go słuchać. Przed oczami wciąż ma obraz umierających. Ich ciała, które ulegały rozkładowi, jątrzące się rany, gorączka i umieranie w katuszach.

— Doprowadziłem Camelot do ruiny — przyznaje Artur nakładając siodło na swojego konia. Zamierza przygotować się do wyprawy i szukać ratunku w sąsiednich państwach. Jeśli będzie trzeba, poprosi o pomoc czarodziejów. Nie zawaha się użyć magii, aby uratować swój lud.
— Jadę z tobą — oznajmia Merlin. Zamierza wyruszyć za przyjacielem nawet wtedy, gdy ten mu zabroni. Wie, że król potrzebuje ochrony. Magia Merlina nie jest na tyle silna, aby uratować królestwo, jednak może pomóc Arturowi.

— Ludzie giną przeze mnie! — krzyczy Artur. Poczucie winy jest zbyt wielkie. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że bycie królem oznacza odpowiedzialność. Często nie zgadzał się z rozkazami ojca, uważał je za nierozsądne. Mylił się.
— Ludzie giną przez czarnoksiężnika. Nie zrobiłeś nic złego — pociesza króla Merlin. Artur jednak go nie słucha.  Nie mógł zrzucić winy na kogoś innego. Wiedział, że sam się przyczynił do katastrofy jaka spotkała Camelot. Żałował wcześniej podjętych decyzji, jednak teraz nie mógł ich zmienić.

— Camelot upada, potrzebujemy pomocy — zwraca się Artur do czarodzieja spotkanego w puszczy. Ma nadzieję, że klątwa zostanie zdjęta. Zapłaci za to każdą cenę. Odda wszystko za uratowanie mieszkańców, skończenie tego wszystkiego.
Merlin zauważa, że Artur po raz pierwszy nie obwinia siebie za to, co się stało.

— Oni wszyscy zginęli, ponieważ… — Artur nie kończy zdania, Merlin mu przerywa.
— Nie, Arturze, oni nie zginęli przez ciebie. — Choć klęska się skończyła, król wciąż bierze na siebie odpowiedzialność za to, co się wydarzyło. Za śmierć wszystkich ludzi obwinia swoje decyzje i czyny. Wie, że długo będzie o tym rozmyślał. Jednak ma nadzieję, że teraz będzie lepszym władcą.

Jeszcze przez wiele nocy miał budzić się z krzykiem i myślą: „Zabiłem Camelot!”.

wtorek, 1 kwietnia 2014

O Hogwart

Pojedynkowe drabble na Mirriel. Pojedynek wygrałam, a za starcie dziękuję przeciwniczce.
Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter
O Hogwart


Powoli opustoszały wszystkie cztery stoły. Przy stole Ślizgonów nie został nikt...*

Każdy uczeń należący do Slytherinu ruszył za Filchem. Wszyscy chcieli uciec, wydostać się z niebezpiecznego zamku. Ukryć przed bitwą i przeczekać aż do jej zakończenia. Nie mieli zamiaru ginąć za Harry’ego Pottera. Ich śmierć byłaby bezsensu.

Ślizgoni wraz z młodszymi uczniami innych domów stanęli przed Pokojem Życzeń. Każdy wchodził do pomieszczenia, aby opuścić mury zamku. Jednak kilku z nich zawahało się. Nie byli pewni, czy ucieczka jest najlepszym pomysłem.

Wygrana zapewniłaby im godne życie. Po chwili zastanowienia, paru uczniów zawróciło. Postanowili zostać i walczyć. Walczyć o Hogwart.

Zdobyć go.



*Fragment książki „Harry Potter i Insygnia Śmierci”

czwartek, 20 marca 2014

Sposób na nudę


Tekst powstał na pojedynek na Mirriel. Krótkie drabble. 
 
Autor: Alice K
Fandom: Sherlock BBC
 
Sposób na nudę

— John, nudzi mi się, potrzebuję jakiejś sprawy. — Sherlock jak zwykle zaczął krążyć po pokoju. Watson nie zwracał na niego uwagi czytając najnowszą gazetę.
— Co mam robić? — zapytał Holmes z nadzieją, że przyjaciel zaraz mu pomoże.
— Nie wiem, poszukaj jakiegoś zajęcia. — John próbował go zbyć, ponieważ chciał skupić się na artykule dotyczącym wczorajszego meczu, którego niestety nie zdążył obejrzeć.
— Jakiego zajęcia?
— Poczytaj coś, albo pooglądaj telewizję.
— Przecież wiesz, że nie oglądam telewizji. Nie mogę zaśmiecać swojego umysłu. Więc…?
— Powiedziałem, że nie wiem… Rozbierz się i pilnuj swoich rzeczy, skoro tak bardzo ci się nudzi!

Pięć minut później:
— John, to nie działa.

sobota, 15 marca 2014

Krwawa Hrabina

Tekst powstał na akcję "Portret Damy" na Mirriel. Celem akcji była inspiracja kobietą oraz użycie dwóch słów, otrzymanych od moderatorów.

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter
Inspiracja: Elzbieta Batory
Słowa: zdrada i kryształ


Krwawa Hrabina

Stukot obcasów o posadzkę przerwał panującą w dworku ciszę. Jeden z ciemnych korytarzy przemierzała szesnastoletnia dziewczyna. W czasie swojej wędrówki mijała stare portrety przodków. Niektóre udawały, że śpią, a inne plotkowały ze sobą szeptem i co jakiś czas spoglądały na młodą kobietę. Ta jednak nie przejmowała się tym, tylko kroczyła dalej. Zatrzymała się dopiero, gdy dotarła do ostatnich drzwi na końcu korytarza. Chwyciła srebrną gałkę i przekręciła ją. Zawiasy lekko zaskrzypiały, a ona weszła do środka.


***

Trzy dni wcześniej:

— Pani wzywała Gadatka? — Skrzat domowy skłonił się nisko, dotykając przy tym podłogi nosem.
— Zabierz to! — nakazała Bellatrix Lestrange i machnęła ręką w stronę sterty szat, leżących na podłodze.
Bellatrix zawsze lubiła wydawać rozkazy. Miała to we krwi i zachowanie się inaczej byłoby równoznaczne ze zdradą rodu. Rodzina Blacków od pokoleń rządziła słabszymi od siebie. Czasem pociągała za sznurki w ministerstwie, a w zwykłe dni rozkazywała takim stworzeniom jak domowe skrzaty. Bellatrix już jak dziecko słyszała, że władza to potęga. Dlatego chełpiła się z posiadania jej i nie zamierzała nigdy się z nią rozstać.
— Oczywiście, pani. — Skrzat skłonił się ponownie, a następnie chwycił ubrania i zabrał je z pokoju dziewczyny, zamykając za sobą drzwi.
Przez kolejne godziny Bella nie wychodziła z pokoju. Zajmowała się tym, co zwykle. Studiowała księgi z wielkiej, rodzinnej biblioteki lub czytała w Proroku o postępach Czarnego Pana. Voldemort od zawsze ją fascynował. Cała jej rodzina (z wyjątkiem szalonego kuzyna) zgadzała się z jego poglądami. Ona nie odstępowała od tradycji, która liczyła się w rodzinach czystej krwi. Jej jedynym marzeniem było pozostać sługą Lorda i przynieść chlubę bliskim.

***

Pod wieczór do jej pokoju przyszedł skrzat. Przyniósł ze sobą tacę z kolacją. Rodzice Belli wyjechali, więc ta nie musiała jadać w salonie. Po skończeniu posiłku, dziewczyna zawołała Gadatka, aby ten wyniósł naczynia. Skrzat podbiegł do tacy i położył na niej szklankę, talerz i sztućce. Zanim ruszył do wyjścia, skłonił się przed swoją panią. Robił to wielokrotnie w ciągu dnia, więc powoli popadał w rutynę. Tym razem jednak nie spostrzegł, że kłaniając się, przechyli również tacę. W ciągu ułamku sekundy szklanka spadła na podłogę i potłukła się w drobny mak. Gadatek od razu zauważył, co uczynił i skulił się lekko.
— Gadatek posprząta i Gadatek się ukaże… — zaczął skrzat, ale jego pani przerwała mu machnięciem ręki.
— Oczywiście, że Gadatek to posprząta! Te kryształy należały do mojej babki! — Bellatrix wrzasnęła na skrzata i podeszła bliżej niego. Problemem nie było to, że szklanka się zbiła. Bella nie przywiązywała wagi do przedmiotów. Jednak nie mogła pozwolić na to, aby niezdarstwo uszło mu płazem. Uderzyła go w twarz.
Z policzka skrzata popłynęła strużka krwi i zaplamiła palce Belli. Dziewczyna wiedziała, że powinna skorzystać z różdżki. Tylko mugole używali siły mięśni, aby kogoś zranić.
— Następnym razem nie będę taka pobłażliwa — syknęła i wyszła z pokoju, zostawiając skrzata samego, aby posprzątał.

***

Bellatrix ruszyła do łazienki. Musiała umyć ręce.
Gdy znalazła się przy zlewie, spojrzała na szkarłatną ciecz. Krew miała niezwykły kolor. Choć z jednej strony symbolizował znienawidzony Gryffindor, z drugiej odzwierciedlał potęgę. Na jej bladych dłoniach wyglądała bardzo ładnie. Bella zbliżyła zakrwawiony palec do ust i posmarowała je krwią. Wpatrywała się w lustro przez dłuższą chwilę, aż w końcu otrząsnęła się z zamyśleń i zmyła plamy.

***

Było już długo po północy, gdy Bella przewracała się z boku na bok. Nie mogła zasnąć. Myślami ciągle wracała do wydarzeń z wieczora. Kolor krwi powoli tracił swoją intensywność, zaczynała zapominać jak wygląda i to ją niepokoiło. Nie chciała, aby czerwień zniknęła. Musiała zrobić coś, aby zachować ją na zawsze. Tak ładnie kontrastowała z jej bladą cerą. Nie mogła jej stracić. Kolejne minuty mijały na wymyśleniu jakiegoś planu działania. W końcu wpadła na pomysł, wiedziała, co zrobi następnego dnia. Uspokoiła się i zasnęła.

***

Bella wstała bardzo wcześnie rano. Ubrała się w zwykłą czarną szatę i usiadła przy stoliku, znajdującym się w jej pokoju. Teraz czekała na przybycie skrzata. Za niespełna dziesięć minut miał się pojawić ze śniadaniem. Ona była już gotowa. W dłoni trzymała różdżkę i spoglądała na drzwi. W końcu otworzyły się, a do środka wszedł Gadatek.
— Drętwota! — krzyknęła dziewczyna, a zaskoczony skrzat natychmiast upadł na ziemię. Z ręki wypadła mu taca. Stłukła się kolejna, kryształowa szklanka.
Bellatrix machnęła różdżką jeszcze raz, a bezwładne ciało Gadatka uniosło się ku górze. Dziewczyna wyszła na korytarz, a skrzat poleciał za nią.

***

Bella weszła do ostatniego pokoju na końcu korytarza. Był to ciasny schowek, jednak jej wystarczał. Za pomocą różdżki, utworzyła niewidzialne liny, które przywiązały skrzata do krzesła, znajdującego się w pomieszczeniu. Na drzwi rzuciła Silencio, a następnie ocuciła sługę. Obudzony Gadatek wyglądał na przerażonego, jednak nie odezwał się.
Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni szaty srebrny nóż i niewielki słoiczek.
— Musisz mi pomóc — wyszeptała, a następnie wbiła mu nóż w brzuch. Skrzat zawył z bólu, a z jego boku zaczęła cieknąć krew. Bella podstawiła słoiczek, aby go zapełnić. Gdy już się jej to udało, zostawiła skrzata i wyszła. Wróciła do swojego pokoju i tam mogła przypatrywać się temu pięknemu kolorowi i nakładać go na usta. W lustrze widziała idealne odbicie.

***

Następnego dnia znów ruszyła korytarzem. Rodzice mieli wrócić wieczorem, więc ta musiała dziś uwolnić skrzata. Weszła do schowka i wtedy zobaczyła martwe ciało Gadatka oraz kałużę krwi na podłodze.
— Zepsułeś ją! — warknęła, spojrzawszy na ciemnoczerwoną maź. — Do niczego się nie nadawałeś.
Dziewczyna machnęła różdżką, aby zmyć plamę z podłogi, a potem zaciągnęła ciało skrzata za dom. Za pomocą różdżki utworzyła wielki dół w ziemi i zakopała skrzata w krzakach.
Śmierć sługi nie przejęła jej zbytnio. Bardziej żałowała, że zdobyła tak mało substancji, która zmieniała jej życie.

***

Wieczorem do dworku wrócili rodzice wraz z Narcyzą. Wieczerze przygotowały pozostałe skrzaty, więc nie zorientowali się, że brakuje jakiegoś ze sług.
Dopiero po kilku dniach Cyzia zagadnęła:
— Bello, nie wiesz, gdzie jest Gadatek?
— Nie mam pojęcia. Pewnie gdzieś się pałęta — skłamała, a nie było to ostatnie kłamstwo wypowiedziane z krwistoczerwonych ust Bellatrix.

piątek, 21 lutego 2014

Odszedł

Dawno nic nie wrzucałam. Jakoś miesiąc temu na Mirriel została rzucona rękawica. Miałam zamiar ją przyjąć, ale spóźniłam się o... minutę! Jednak tak mi się pomysł spodobał, że sama napisałam coś jeszcze tego samego dnia. Tekst zamieszczam poniżej.

Autor: Alice K
Fandom: Sherlock BBC

Odszedł

Tańczyłeś ze mną, gdy Sherlock wychodził z wesela. Nie spostrzegłeś momentu, w którym opuścił salę, ale wystarczyła zaledwie minuta, abyś dostrzegł, że coś jest nie tak. Zauważyłeś, że kogoś brakuje, a w następnej chwili wiedziałeś, że chodzi o Sherlocka.
Nie musiałeś się rozglądać, przyglądać każdej osobie, czy zajrzeć we wszystkie kąty. Po prostu czułeś, że brak twojego najlepszego przyjaciela.
Wiedzieliśmy, że Sherlock nie lubi towarzystwa. Było mu ciężko dostosować się do społeczeństwa, mimo to zgodził się być twoim drużbą. Potem uczestniczył w całym tym przedsięwzięciu. Pod koniec przyjęcia miałeś do niego podejść i podziękować mu za to, co dla ciebie zrobił. Niestety nie zdążyłeś.
Zastanawiałeś się, dlaczego on wyszedł. Wystarczyła ci tylko chwila, by zrozumieć. Nie musiałeś być mistrzem dedukcji, aby określić uczucia Sherlocka. Zazdrość? Smutek? Samotność…
Ta trzecia była najgorsza. Doskwierająca Holmesowi cały czas, teraz się pogłębi. Sherlock powoli cię traci.
Lecz ciebie martwi co innego. Gdy Sherlock opuścił wesele, myślałeś, że to ty tracisz jego.
 


poniedziałek, 3 lutego 2014

Lalki

Mój pierwszy tekst do American Horror Story. Jest to dribble dotyczące trzeciego sezonu.
Dedykowane przyjaciółce, ona już wie za co. :)

Autor: Alice K
Fandom: Amercian Horror Story: Coven

Lalki

Spalding kochał wszystkie swoje lalki. Nie ważne, czy miały blond loki, czy brązowe warkocze. Żaden odcień cery nie wydawał mu się piękniejszy. Kolor i fason sukienek również były bez znaczenia. Każdą lalkę kochał tak samo, całym sercem. Jednak do jednej miał największy sentyment. 
Madison była jego ulubioną, żywą lalką.

sobota, 11 stycznia 2014

Sopel

Ostatnio brałam udział w świąteczno-urodzinowej akcji promptowej na Mirriel. Polegała ona na napisaniu tekstu, który zostanie zainspirowany piosenką, obrazkiem, filmikiem, tak właściwie wszystkim.

Ja skorzystałam z promptów, które zaproponowała Tina i ja sama.
Prompty: 1. Chciałabym zbrodni za pomocą sopla lub bryły lodu. Najlepiej HP, ale zadowolę się też wszystkim innym.
2. Filmik

Autor: Alice K
Fandom: Grey's Anatomy


Samotność


Nikt mnie nie lubi. Tak, wiem, że nie wolno się nad sobą użalać, bo wtedy ludzie dziwnie się na ciebie patrzą i opuszczają cię. Ale do cholery, oni zawsze dziwnie się na mnie patrzą! Nie wiem, co im takiego zrobiłem. Ciągle jestem w praktycznie tym samym miejscu i nikomu nie zawadzam. Ale nie, oni powiedzą pozbądźcie się tego! Tego? Nazywają mnie rzeczą, jakbym nie miał uczuć. Chodzą sobie dookoła mnie i ciągle paplają, jakie ich życie jest żałosne i jakie to wielkie mają problemy. Och, nie wiem, co robić. Derek się na mnie obraził. A co mnie to obchodzi? Rzygam już tymi tekstami. I to właśnie przez wysłuchiwanie wciąż tych samych narzekań, nauczyłem się, tak nad sobą użalać. Te wstrętne baby w fartuchach dały mi lekcję, dobierania słów i oddania całej dramaturgii. W końcu sztukę „użalania się” opanowały do perfekcji. A ja chciałbym, chociaż na moment, aby się przymknęły i dały mi w końcu święty spokój. Czy oni naprawdę wierzą w to, że mam ochotę ich słuchać?
W sumie nie interesuje mnie ich zdanie. Niech sobie patrzą z tą pogardą, a ja zrobię, co zechcę. Tak, będę się użalał! Żyjemy w Stanach Zjednoczonych, a to wolny kraj jest! Więc jeśli im wolno, to mi też, ot co!
Najgorsze w tym wszystkim są te ich tekst pod moim adresem. Jaki on bezużyteczny. Pozbądźmy się go… bla bla bla… No po prostu szlag mnie trafia! Myślą, że jak mają te swoje skalpele i tną nimi ludzi, to są herosami, czy innymi idiotami z super mocami. No ludzie, ręce opadają na samą myśl. Bo co, reszta nie jest nic warta?
W sumie to jeszcze jakoś przetrwam, ale słowa, że niby jestem niebezpieczny. Śmiech na sali. Owszem pochlebia mi to, ale bez przesady, odsuwają się ode mnie, bo „zrobię im krzywdę”. Nie jestem seryjnym mordercą! Trochę powagi.
Nie wiem, czy ludzie po prostu lubią gnębić innych i doprowadzać ich do szału. Może to jakaś nowa rozrywka, o której jeszcze nie słyszałem? Jestem typem osoby, która nienawidzi plotek na swój temat. Następnym razem może powiedzą, że zagrożenie z mojej strony zostało potwierdzone naukowo, bo przecież oni wszystko muszą badać, sprawdzać, mielić i nie wiadomo, co jeszcze robić. Nie wytrzymam.
Kolejnym sposobem na to, aby poprawił im się humor, jest szufladkowanie. Obok mnie stoi parę gości i panienek, ale są strasznie małomówni, a według ich zdania [tj. tych bezwzględnych lekarzy], mi to ma wystarczyć, bo przecież to są „osoby mojego pokroju”. Nie wiem, kto wymyślił hierarchię, ale takiego czegoś nie powinno być w państwie demokratycznym. Że co, niby jestem z niższych sfer? Bez urazy, ale to ja patrzę na was z góry, nie na odwrót.
Może jestem za bardzo wrażliwy, ale nie mogę dłużej znieść takiego życia. Mam tego serdecznie dosyć! Chcę stąd uciec i nigdy więcej tu nie wracać. Poszukać szczęścia, gdzie indziej. Dać sobie spokój z bandą tych oszołomów.
Wykruszam się z tego kręgu. Jeszcze kilka sekund i mogę stąd spadać. Od dzisiaj nie będę cierpiał w samotności. Znajdę kogoś i złączę się z nim w jedność. Zaczynam odliczanie.
3… 2… 1…
Jestem soplem i byłem samotny.
…0
Do teraz.