sobota, 14 grudnia 2013

Świąteczna Gorączka

Święta się zbliżają, dlatego poniżej zamieszczam świąteczne opowiadanie.

Autor: Alice K

Fandom: Grey's Anatomy.


Świąteczna gorączka

Święta są co roku. Niektórzy obchodzą je, bo wierzą w Boga. Innym zależy tylko na prezentach, bądź chwili wytchnienia. Są też tacy, którzy świąt nie obchodzą. Wszystkich tych ludzi cechuje jedno; chcą spokoju. No może jednak nie wszyscy go pragną…

— O’malley, będziesz asystował dr Burke’owi. Karev do dr Montgomery, Grey do dr Sheperda. Stevens, dr Sloan jest twój. Yang na izbę. Teraz! — Miranda Bailey nienawidziła pracować w święta. Wszystkie „bałwany” powodowały wypadki w domowym zaciszu. Co roku do szpitala trafiały ofiary poparzeń od lampek choinkowych; mężowie, którzy spadali z dachu, wieszając świąteczne ozdoby oraz inni kretyni, każdy z dziwniejszym problemem. Śliska droga również nie była sprzyjająca. Zimą zwiększała się ilość wypadków i zgonów, spowodowana przez kierowców.
Bailey nienawidziła również pracować w święta, ponieważ w tym samym czasie nie mogła być z rodziną. W tym roku było to dla niej ważniejsze niż zazwyczaj, ponieważ jej synek miał swoje pierwsze Boże Narodzenie. Miranda Bailey nigdy nie była osobą sentymentalną, ale po narodzinach dziecka, zmieniła się diametralnie. Teraz oddałaby wszystko (nawet operację Whipple’a) za to, aby spędzić ten dzień z synem. Wiedziała, że po powrocie do domu, mąż będzie wściekły i w najbliższych dniach znów dojdzie do kłótni na temat jej pracy.
Bailey nienawidziła świąt spędzonych w szpitalu, ale równocześnie kochała je. Dziwne wypadki i ciekawe operację przypadały właśnie na ten czas. Zamieszanie i tłok na izbie sprawiały, iż była w swoim żywiole.
— Jak to na izbę? — spytała zdezorientowana Cristina Yang. Dla niej święta pozbawione pracy, operacji, czy nauki, były czasem straconym. Jako żydówka, świąt nie obchodziła. Dla niej równie dobrze mógł być to zwyczajny dzień.
Dr Bailey zmierzyła dziewczynę wzrokiem, a następnie odezwała się:
— Yang, czego nie rozumiesz w słowie teraz? Jeśli mówię teraz, to znaczy teraz, natychmiast! Więc… Teraz! — Miranda Bailey, jako osoba, która potrafi rozporządzać, nie lubiła sprzeciwu. Nienawidziła go jeszcze bardziej od świąt, mimo to czasem sprzeciw stażystów, bądź młodszych rezydentów był zabawny.
W końcu każdy ze stażystów udał się do wyznaczonego miejsca pracy. A Miranda wróciła do swoich zajęć. Wszyscy powinni być szczęśliwi, w końcu były święta.
***
— Co dzisiaj mamy? — George, który uwielbiał dr Burke’a, cieszył się z takiego przydziału. Podszedł do kardiochirurga i uśmiechnął się szeroko.
— Cieszę się, że do mnie dołączyłeś O’Malley. Najpierw wymienimy zastawkę, a potem możemy ruszyć na świąteczne zakupy. Nie mam jeszcze nic dla Cristiny — oznajmił Preston, a następnie ruszył w stronę sali operacyjnej. Po chwili George dogonił go.
— Przecież Cristina jest Żydówką, nie obchodzi świąt.
— Wiem, ale to nie oznacza, że nie może dostać prezentu.
O’Malley tylko wzruszył ramionami. Nie potrzebny był spór, w końcu to nie jego sprawa. Yang mogła być Żydówką i mimo to, celebrować ten dzień jak większość społeczeństwa. Może nie wierzyła w Jezusa Chrystusa jak George, ale równie dobrze mogła świętować 25 grudnia, zamiast Bożego Narodzenia. Dla O’Malleya nie robiło to różnicy. Nigdy nie liczyło się czyjeś wyznanie tylko jego czyny. Sam był gorliwym katolikiem, matka od dziecka wpajała mu nauki kościoła. Zawsze starał się postępować zgodnie z naukami Boga i Chrystusa, a Boże Narodzenie znaczyło dla niego bardzo wiele. W całym tym dniu chodziło przecież o narodzenie Zbawiciela, a nie o prezenty czy spotkania z rodziną, które od wielu lat były przez media promowane jako najważniejsze. Tak, Święta dla O’Malleya były ważne głównie z powodu wiary, dlatego w te dni chodził do Kościoła i modlił się o wszystkich, którym tej wiary brak. Chciał, aby wszyscy jego bliscy mogli poczuć Magię Świąt, tą prawdziwą, nie stworzoną przez fabryki słodyczy bądź zabawek.
Po chwili obaj doszli na salę. Zaczęli się przygotowywać do operacji, ostatniej w tym dniu, bo przecież były święta.
***
— Karev, co u dziecka Reynoldsów? — Addison Montgomery przeglądała kartę pacjentów, gdy Alex przechodził korytarzem. Młody stażysta zatrzymał się, by odpowiedzieć przełożonej. Addison Montgomery, a do niedawna i Sheperd, była kobietą seksowną. Jej ogniste włosy i zgrabna figura potrafiły zawrócić każdemu mężczyźnie w głowie. Dlatego nikt nie zdziwił się, że Sheperd i Sloan toczyli o nią walkę. Jednak teraz była wolna, a Alex Karev postanowił, że zaliczy każdą laskę w tym szpitalu. W dzień świąt jego celem była właśnie Addison.
— Jej stan znacznie się poprawił. Ma trochę podwyższoną ilość białych krwinek, ale do wieczora wszystko powinno się ustabilizować. Najprawdopodobniej obejdzie się bez operacji — odpowiedział na zadane pytanie, a  Addie pokiwała głową.
— Poradzę sobie z resztą, jak chcesz, możesz iść.
Przełożona dała mu wolne. W tym czasie mógłby pójść do klubu lub baru i nieźle się zabawić, jednak postanowił, że jego dzień będzie wyglądać inaczej.
— Może uzupełnię dokumentacje? — zaproponował pomoc. Nie mógł zostawić samotnej pani doktor w taki dzień. Musiał jej potowarzyszyć, aby wieczorem samemu na tym skorzystać.
— Dobrze Karev, jeśli jesteś tego pewien. — Addison podała mu dokumentacje, a sama ruszyła korytarzem. W końcu stażysta mógł ją wyręczyć, czemu nie miała z tego skorzystać i wrócić wcześniej do domu?
Alex nie spodziewał się takiego obrotu akcji, miał nadzieję, że seksbomba tego szpitala spędzi z nim czas i razem popracują, flirtując czasami, ale widocznie nie było im to pisane. Obecnie na Kareva czekała sterta papierów do uzupełnienia. Zadanie z pewnością nie takie, które ktokolwiek powinien wykonywać w święta.
***
— Hej! — przywitał się Derek i pocałował swoją ukochaną w policzek. Meredith odwzajemniła to i szeroko się uśmiechnęła. Przy nim zawsze była szczęśliwa. Śmiało mogła przyznać wszystkim, że jest zakochana. Każda chwila spędzona w tym samym pokoju z mężczyzną jej życia, była chwilą, której nigdy nie zapomni. Nie liczyło się, czy Boże Narodzenie spędzą w domu, a może w pracy. Najważniejsze było to, że mieli siebie.
— Co dzisiaj operujemy? — zapytała Meredith.
— Nic.
— Nic? — Grey była wyraźnie zaskoczona.
— Nie operujemy, ponieważ Webber dał nam wolne. Zabieram cię do restauracji.
Te słowa sprawiły, że dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Zawsze ją zaskakiwał, a o takich świętach marzyła od dawna.
***
Izzie kochała święta. Uwielbiała w nich wszystko. Pięknie przyozdobioną choinkę, prezenty pod nią i zapach pierniczków rozchodzący się po całym domu. Wypieki były jej mocną stroną, więc zazwyczaj kilka godzin spędzała w kuchni, aby potem wszyscy zajadali się ze smakiem jej ciastami. Choć chirurgia była fascynująca, w dzień taki jak Boże Narodzenie, dziewczyna wolała siedzieć w zaciszu domowym. Niestety tym razem nie zapowiadało się na to. Mark Sloan, co chwila wymyślał nowe, bezsensowne zadania.
— Przynieś mi Cappuccino — zażądał trzeci raz tego dnia. O wczesnym pójściu do domu, nie było mowy.
***
Cristina Yang była zła, a raczej wściekła. Spędzenie dnia na izbie z  obsmarkanymi bachorami było koszmarem. Nie wiedziała, z jakiej przyczyny, Bailey wysłała ją właśnie tu. W całym szpitalu większość chirurgów przygotowywało się do fascynujących operacji, a jej przyszło badać koszmarnych smarkaczy lub nieznośnych staruchów.
W święta miała zamiar załapać się na kilka operacji, może jakiś przeszczep, niestety plany legły w gruzach. Na razie była zwykłą stażystką, ale da im jeszcze popalić. 


***

Dopiero około jedenastej w nocy każdy ze stażystów, prócz Meredith, która była już na kolacji, opuścił szpital. Większość z nich była wykończona, nikomu nie chciało się nic robić. Izzie straciła ochotę na pieczenie, George nie miał zamiaru jechać do rodziców tak późno, Cristina nie chciała już dotykać żadnego z pacjentów z izby, a Alex stracił ochotę na wyrywanie panienek.
Wszyscy byli na tyle zmęczeni, że poczłapali do baru. Każdy zamówił drinka, a barman Joe chwilę później podał im szklanki.
— Wznieśmy toast — zaczął George. — Za święta.
Wszyscy zawtórowali i stuknęli się szklankami, a następnie upili łyk. Najważniejsze w tym wszystkim było to, że są razem. Były święta.

środa, 27 listopada 2013

Kim jesteś?

Dzisiaj kolejna, krótka miniaturka. Mam nadzieję, że się spodoba.

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter



Kim jesteś?

Spoglądasz w lustro, widzisz zwykłego chłopca.
Właściwie jesteś już młodzieńcem, dorosłeś. Wszyscy żądają od ciebie wielkich czynów. Uważają, że podołasz wszystkiemu. Wierzą w ciebie i wymagają. Chcą, abyś osiągnął wiele, stał się sławny. Nie zwracają uwagi, że masz już dość popularności. Musisz mieć jej coraz więcej, by być najlepszym. Nieważne jest twoje życie i twoja wola, musisz ich zadowolić. Najważniejsze jest zadowolenie dorosłych, którzy ciebie też traktują już jak dorosłego.
Jesteś jeszcze dzieckiem.

Spoglądasz w lustro, widzisz zmęczenie na twarzy.
Nie spałeś dobrze od tygodni. Denerwujesz się, że nie podołasz. Boisz się reakcji bliskich. Koledzy i znajomi z Hogwartu nie dadzą ci długo zapomnieć o porażce. Wyśmieją cię i ciągle będą przypominać Twoją słabość i to, że nie podołałeś. Nie boisz zmierzyć się z losem, lecz martwi cię reakcja i zdanie innych. Czasem wydaję się to żałosne, ale oni w ciebie wierzą. Nie możesz ich zawieść.
Jesteś wciąż zmęczony.

Spoglądasz w lustro, widzisz tylko ucznia.
Miałeś dobre oceny. Nie były tak świetne jak Hermiony Granger lub Cho Chang, ale były zadowalające. Lepsze niż większości Ślizgonów. Uczyłeś się pilnie, ponieważ lubiłeś lekcje. Były niezwykłe i na każdej mogłeś poznać coś nowego. Snape czasem cię irytował, ale dawałeś radę. Nie poddawałeś się. Każdy mógł być z ciebie dumny. Nauczyciele byli, lecz mimo to oczekiwali jeszcze więcej. Musiałeś włożyć dużo wysiłku, by oceny stawały się coraz lepsze. Starałeś się tak jak każdy w Hogwarcie, ale to było za mało.
Jesteś tylko uczniem.

Spoglądasz w lustro i widzisz smutek.
Niektórzy kiwają głowami, zawiodłeś ich. Spuszczają wzrok lub milczą, ponieważ nie są zadowoleni. Wymagają coraz więcej i nie dopuszczają porażki. Nie dają nic od siebie, a żądają tak wiele. Nie wiesz, co robić.
Jesteś Diggory.

niedziela, 17 listopada 2013

Wszystko zostaje w rodzinie

Tekst powstał na pojedynek na Mirriel. Pisany na szybko, nie najlepszy, ale wstawiam, może się komuś spodoba.

Fandom: Harry Potter
Autor: Alice K



Wszystko zostaje w rodzinie

— Gdzie jest Syriusz?! — Głos Walburgi Black niósł się po całym domu. Z pewnością nie pobrzmiewała w nim miła nuta. Wręcz przeciwnie, jej ton był oschły i przesączony jadem.
— Pójdę po niego — zaproponował czternastoletni chłopak i szybko wbiegł po schodach na górę. Przeszedł wzdłuż korytarza, aż w końcu zatrzymał się przed pokojem starszego brata. Zapukał trzy razy, ale nie usłyszał ani słowa odzewu.
— Syriuszu, musimy już wychodzić. Chyba nie chcesz, żeby mama była zła? — wyszeptał, ale znowu nie uzyskał odpowiedzi.
Chłopiec złapał za klamkę i pociągnął drzwi, które o dziwo nie były zamknięte.
Syriusz leżał na łóżku i bezmyślnie wpatrywał się w sufit. Na wejście brata nie zareagował. Nawet nie chciało mu się wyganiać Regulusa z pokoju.
— Syriuszu, proszę chodźmy. — Młodszy z Blacków podszedł do starszego z rodzeństwa i usiadł na skraju łóżka. — Czemu nie chcesz iść?
— Nie będę tam odstawiał cyrku! — sarknął Syriusz i przewrócił się na bok.
— Zrób to dla mnie, proszę. Nie rób tego dla mamy, tylko dla mnie. Chodź ze mną, nie chcę być sam.
Słowa Regulusa nie wywierały na Syriuszu żadnego wrażenia.
— No dobrze pójdę — odrzekł po dłuższej chwili milczenia z grymasem na twarzy. Regulus uśmiechnął się. Cieszyła go tak szybka zmiana decyzji u Syriusza. Zazwyczaj musiał poświęcić co najmniej pół godziny na namowach, a i tak rzadko otrzymywał pożądane rezultaty.
— Ubierz odświętną szatę — poradził Regulus i opuścił pokój.
***
Cała rodzina Blacków opuściła dom przy Grimmuald Place 12. Użyli proszku Fiuu, aby przetransportować się do posiadłości Malfoy Manor. Na dworze przed budynkiem należącym do Malfoya, zostały ustawione olbrzymie stoły. Każdy z nich przyozdobiono białymi obrusami i czerwonymi różami. Wszystko było gotowe, a większość gości zajęła już swoje miejsca. Cała przystrojenie robiło ogromne wrażenie.
Syriusz oglądał pawie, które chodziły wokół stołów i zastanawiał się, co za debil je wypuścił.
— Te ptaszyska zasrają tylko cały teren — wymamrotał pod nosem. Mimo szeptu Regulus to usłyszał i uśmiechnął się lekko. Walburga z pewnością nie byłaby zadowolona z takich komentarzy pod adresem właścicieli dworku.
— Gdzie siadamy?  — spytał Regulus matki.
— Sądzę, że lepszym pomysłem będzie udać się najpierw do panny młodej. W końcu jesteśmy jej najbliższą rodziną.
Orion Black, mąż Walburgi podał jej rękę i oboje udali się do środka posiadłości. Synowie powędrowali za nimi. Syriusz miał nachmurzoną minę i ręce w kieszeni. Regulusa fascynował widok wypuszczonych pawi i ozdobionych stołów. 
Po chwili Walburga zapukała do jednej z komnat. Z wewnątrz wydobyło się ciche „proszę” i cała czwórka weszła do środka. Narcyza miała już na sobie suknię ślubną. Stała przed lustrem, a Bellatrix gładziła jej suknię.
Syriusz na ten widok przewrócił oczami. Bella, w przeciwieństwie do Narcyzy, nigdy nie przepadała za strojeniem się. Jednak jego rodzina była na tyle popaprana, że nic nie mogło go zdziwić.
— Witaj Narcyzo! — przywitała się ciotka i cmoknęła swoją bratanicę w policzek. Orion również ucałował pannę młodą. Regulus skinął głową w jej stronę, a Syriusz uznał, że jakiekolwiek przywitanie jest zbędne. Matka zmierzyła go wściekłym wzrokiem za nie okazanie żadnej reakcji. Już chciała zwrócić mu uwagę na jego skandaliczne zachowanie, ale nie zdążyła powiedzieć ani słowa, ponieważ do pokoju weszła matka Narcyzy.
— Prześlicznie wyglądasz córeczko! — Druella rozczuliła się na widok swojego najmłodszego dziecka ubranego w białą suknię ślubną. Wypuszczała córkę w świat dorosłości. U boku Lucjusza Malfoya miała zmienić się w przykładną żonę i matkę. Jej życie niedługo zacznie wyglądać zupełnie inaczej niż dotychczas.
— Tak, bardzo ładnie — rzuciła od niechcenia Walburga i machnęła ręką. Chciała nawiązać rozmowę na temat, który najbardziej ją nurtował. Był to główny powód spotkania przed ceremonią. — To nie jest teraz istotne. Ważniejsza jest sprawa Twojego przyszłego męża i jego majątku.
— Coś nie tak? — zapytała zdezorientowana Narcyza. Już rok po ukończeniu Hogwartu brała ślub, który planowała od dziecka. Ten dzień powinien być niezwykły, więc niepokoiły ją najdrobniejsze, niedopracowane szczegóły. Ciotka, która miała jakieś wątpliwości, co do przyszłego męża,  z pewnością należała do okoliczności niesprzyjających.
— Z rozmowy z twoją matką… — tu spojrzała na Druellę. — …wywnioskowałam, że cały koszt wesela ponosimy my. My, czyli ród Blacków. Jak wiemy, od stuleci tradycją czystokrwistych rodów jest posag, który otrzymuje pan młody, ale koszty wesela są zazwyczaj dzielone. — Walburga skończyła swoją przemowę i czekała na reakcję przyszłej pani Malfoy.
— Ależ ciociu… — zaczęła Narcyza zaskoczona całym obrotem spraw. — Przecież to niewiele, a my nie możemy…
— …być skąpi — dokończył za nią Syriusz.
— Jak śmiesz? — W Walburgi coś zawrzało. Syriusz mógł pozwolić sobie na takie odzywki w domu, ale nie w takim miejscu i o takiej porze. Upokorzenie na oczach rodziny oznaczało jedną z najgorszych rzeczy jakie mogły spotkać szanującą się osobę. Walburga starała się zachować zimną krew, co było bardzo trudne. Zawsze dawała ponieść się emocjom. Bardzo szybko wychodziła z równowagi, wystarczyło jedno nieodpowiednie słowo, jeden gest, a świat zmieniał się w piekło.
— Mówię jaka jest prawda. Żal wam pieniędzy nawet na taką uroczystość.
— Nie masz prawa tak się do mnie odzywać! Ty bezczelny smarkaczu! Zakało naszego rodu! — Matka Syriusza nie zwracała już uwagi na to, że w pokoju znajduje się połowa rodziny. Była zbyt wściekła, aby wciąż udawać opanowaną.
— Och, doprawdy? Zakała? Andromeda też plamiła honor naszej rodziny? Dlatego ją wypaliłaś z drzewa?  — zapytał z pretensją w głosie, a odpowiedzi udzieliła mu Bellatrix.
— Wychodząc za tego szlamę, dała nam do zrozumienia, że nie jest jedną z nas. Jeśli zadowala ją plebs, droga wolna.
— Plebs? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? Jeśli uważasz Teda za gorszego, spójrz na siebie. Co powiesz o Rudolfie?
— Odwal się od mojego męża! — zagrzmiała Bellatrix
Syriusz zmarszczył brwi i spojrzał na kuzynkę wściekłymi oczami, w których zabłysły złowrogie ogniki.
— Zejdź mi z oczu! I nie waż mi się dzisiaj pokazywać! — nakazała Walburga i wskazała na drzwi. Syn spojrzał na nią z pogardą, ale już po chwili jego twarz odzyskała dawny wyraz i pokazywała obojętność. Wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju.
Nie zwrócił nawet uwagi na Regulusa, który wyciągnął rękę, aby go zatrzymać.
— Nic, co się tutaj wydarzyło, nie może wyjść na światło dzienne! — zażądała Walburga, którą zaczęła ogarniać panika i lęk przed kompromitacją rodu Blacków.
— Nie martw się, ciociu. Wszystko będzie dobrze, nikt się nie dowie. Nie przejmuj się nim. — Narcyza położyła dłoń na ramieniu Walburgi, aby dodać jej otuchy.
— Dobrze wiemy — zaczęła Bella sarkastycznie — że Syriusz zawsze był inny niż reszta rodziny. Nigdy…
„Nie pasował do nas” — dokończył w duchu Regulus.

czwartek, 31 października 2013

U Malfoyów

Dzisiaj mam dla Was droubble'a, napisanegoz okazji Halloween. Mam nadzieję, że się spodoba.

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter

U Malfoyów



Draco Malfoy uwielbiał słodycze.

Jego ojciec zawsze kupował mu wszystko, co syn chciał.
Czekoladowe żaby, gumy Drooblesa, fasolki Bertiego Botta, Musy-świstusy…
Każda słodkość jakiej zapragnął, lądowała w jego rękach. Cała rodzina go rozpieszczała. Matka zawsze dbała, aby syn miał to, co najlepsze. Ciocia Bella też gustowała w drogich prezentach. Drogie oznaczało smaczne.

Draco Malfoy uwielbiał słodycze.

Jeden dzień w roku różnił się od pozostałych. Ojciec nie dawał mu słodyczy, mieli robić to inni czarodzieje czystej krwi. W Halloween Draco przebierał się i odwiedzał pobliskie dwory. Ojciec powtarzał, że tak robią tylko żebracy. W tą jedną noc Draco miał czuć się jak żebrak, aby nie zapomnieć o władzy, która jest tak wiele warta i zawsze powinna stać na pierwszym miejscu. 
W Noc Duchów wszystkie ulice wyglądały niesamowicie. Zostały przyozdobione pajęczynami, żywymi nietoperzami, krwią mugoli…
Główną atrakcja każdego Halloween było oczywiście zbieranie słodyczy. Dzieciom sprawiało to wielką frajdę, lecz Draco zawsze czuł jedynie chęć rywalizacji.
W tym roku coś się jednak zmieniło. W kolejne święto Draco dostrzegł, że w bocznych uliczkach zabawiają się nieco starsi. Zabawa polegała na wieszaniu mugoli do góry nogami, torturowaniu ich i w końcu mordowaniu. Ten widok fascynował chłopca.

Draco Malfoy uwielbiał słodycze, ale jeszcze bardziej kochał Halloween.
 



poniedziałek, 14 października 2013

Oreo

Dawno nic nie wrzucałam. Na dysku znalazłam drabbla napisanego we wrześniu. Równo 100 słów.

Autor: Alice K
Fandom: House M.D.



Oreo

Ciastko ma dwie części.
Jedną jest House, a drugą Wilson.
Ta lepsza strona (bardziej okrągła, doskonalsza) odzwierciedla Wilsona. Rozsądny, zawsze opanowany, cierpliwy, miły, współczujący całemu światu… dobry – myśli Gregory.
Nie ma lepszej części. Obie są takie same. Po prostu stoją po przeciwnej stronie lustra – tłumaczy James.

Krem łączy ciastko w całość.
Przyjaźń łączyła House’a i Wilsona przez wiele lat. Nadal ich skleja. Tworzą jedność.
Szpital nas połączył. Praca nas połączyła – twierdzi Gregory.
Myślę, że to coś więcej – oznajmia James.

Wilson je tylko nadzienie.
Jest lepsze niż reszta – twierdzi James.
House zawsze je ciastko.
Jest od serca. – Gregory jest tego pewny.

środa, 2 października 2013

Przyjaciółki

Kolejny tekst związany z serialem "Chirurdzy". Tym razem jest to drabble.

Autor: Alice K
Fandom: Grey's Anatomy


Przyjaciółki

Cristina miała Burke’a.
Jeden z najlepszych kardiochirurgów w kraju, może i na świecie. Wybitny nauczyciel i dobry kochanek. Później narzeczony, ale nigdy mąż.

Cristina miała Owena.
Chirurg urazowy, a następnie szef. Ciepły, czuły, pragnący rodziny. Jednak Cristina nie chciała, a nawet nie mogła zostać matką. Kariera liczyła się bardziej, była najważniejsza. Owen był mężem, rozwiedli się.

Cristina ma Meredith.
Przyjaciółka, która wysłucha Yang w każdej chwili i sytuacji. Mogła iść do niej w dzień i w nocy. Wypłakać się i zostać pocieszoną. Z nią czuła się dobrze.

Teraz Meredith ma Cristinę. Przyjaciółkę i nie tylko…
***
— Zostanę lesbijką.
— Ja też.*

*Fragment odcinka 1x03

sobota, 14 września 2013

Może być gorzej

Tym razem przedstawiam dłuższe opowiadanie. Jak na razie powstał tylko jeden rozdział. Historia przedstawiona poniżej opowiada o Gilderoy'u Lockharcie.

Aktualizacja nr 1 (04.10.2013): Powstał kolejny rozdział FF o Lockharcie. Zapraszam serdecznie i mam nadzieję, że się Wam spodoba. 

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter


Może być gorzej


środa, 11 września 2013

Upodobanie



Kolejne dribble, tym razem o Dumbledore'ach. Napisane kilka miesięcy temu.

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter

Upodobanie

- Idę nakarmić kozy – oznajmił Aberforth.
Był chłodny, sierpniowy poranek. Młodszy z Dumbledore’ów włożył płaszcz i ruszył w kierunku drzwi, wtem usłyszał głos Albusa:
- Ja dzisiaj to zrobię.
Starszy brat nałożył na siebie odzienie i wyszedł nakarmić zwierzęta.

On wiedział o upodobaniu brata, ale sąsiedzi nie musieli znać prawdy. 


wtorek, 10 września 2013

Ze śmiercią jej do twarzy

Dzisiaj wstawiam kolejnego drabbelka. Tym razem jest to dribble (pół drabble), a więc równo 50słów. Kto jest bohaterem? Sami się domyślicie :)

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter


Ze śmiercią jej do twarzy

Czarne włosy, ciężkie powieki, trupioblada twarz. Śmiech mrożący krew w żyłach. Czerń i mrok. Buty na obcasach, stukot o posadzkę. Różdżka w ręce, uniesiona. Usta ułożone w słowa klątwy. Zielony błysk. Zabiła.
***
Różdżka trzymana w górze. Ten sam śmiech. Stukot butów, klątwa, zielone światło. Śmierć. Obłąkane oczy Bellatrix pozostały niezmienione.

poniedziałek, 9 września 2013

Ognista i Pianista


Kolejna miniaturka związana ze światem Potterowskim. Tym razem przedstawiam tekst, który powstał w celu pojedynku na Mirriel

Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter 

Ognista i Pianista

Dom przy Grimmauld Place 12 ukazał się oczom Harry’ego. Znał to miejsce, ale nie wiedział, co się dzieje i dlaczego się tu znalazł.
Profesor McGonagall obudziła go w środku nocy i zaciągnęła do gabinetu Dumbledore’a. Dyrektora nie było w pokoju, ale spostrzegł inne, znajome twarze. Alastor Moody kuśtykając podszedł do chłopaka i przyjrzał mu się badawczo, a jego szklane oko zakręciło się w oczodole. Nimfadora Tonks pomachała mu wesoło i uśmiechnęła się, znów miała włosy w kolorze różowej gumy balonowej. Kingsley Shacklebolt uścisnął mu rękę i gestem wskazał stojącą na biurku puszkę. To musi być świstoklik – pomyślał Harry i nie mylił się. Już po chwili wraz z członkami Zakonu Feniksa aportował się pod dom swojego ojca chrzestnego, Syriusza Blacka.
Na Grimmauld Place Moody użył zaklęcia, które sprawdzało ludzką obecność. Gdy przekonał się, że nikogo nie ma, cała czwórka weszła do domu. Już w holu Tonks przewróciła stołek, a hałas obudził portret pani Black, która powitała wszystkich swoim krzykiem:
­­­– Szlamy, szumowiny! Plugawią dom moich przodków!
Po chwili do holu wkroczyła kolejna dobrze znana Harry’emu postać. Remus jak zwykle miał na sobie wyświechtaną szatę, w której wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego i wyczerpanego. Lupin podszedł do obrazu i wraz z Alastorem zakrył kotarą portret matki Syriusza, która momentalnie umilkła.
– Nareszcie jesteście – odetchnął z ulgą mężczyzna i uścisnął dłoń każdemu po kolei. Na samym końcu podszedł do Harry’ego i szepnął mu do ucha:
– Pewnie nie wiesz o co chodzi, ale udawaj, że wszystko rozumiesz – po tych słowach Harry poczuł się jeszcze bardziej niepewnie. Spotkania z Remusem zawsze podnosiły go na duchu, jednak tym razem zdołowany jeszcze bardziej. Harry nie miał wyboru, musiał czekać na dalszy tok wydarzeń.
Kingsley szybko się pożegnał i wyszedł, tłumacząc, że ma sprawy do załatwienia w ministerstwie. Lupin ruszył w kierunku salonu, a reszta poszła za nim. Harry ujrzał w pomieszczeniu Syriusza oraz… Snape’a?
– Co tu u licha robi Snape? – zapytał z nieukrywanym niedowierzaniem Harry. Wzrok wszystkich spoczął na nim, a Lupin ukrył twarz w dłoniach. Dopiero po chwili Harry zdał sobie sprawę, że pokazał, iż o niczym nie wie. Na jego szczęście, nikt nie przejmował się tym długo i już po chwili wszyscy odwrócili od niego wzrok.
– Yhm… - odchrząknął Snape po chwili milczenia, widocznie miał zamiar coś powiedzieć.
– Tak Severusie? Coś się stało? – zapytał Remus z troską w głosie. Mówił do Snape’a, jak do dziecka.
– Chciałbym... – zaczął Snape. - … oznajmić wszystkim, że wiem, że nic nie wiem. – po ostatnim słowie mówca zaśmiał się histerycznie i opadł na pobliski fotel. Teraz wszystko się wyjaśniło; Mistrz Eliksirów był pijany, tylko co u licha miał tu zdziałać Złoty Chłopiec?
Syriusz spojrzał na Snape’a z wyraźną pogardą, a następnie wypowiedział kąśliwy komentarz:
– Smarkerusie nie musisz wszystkim uświadamiać swojej niewiedzy. Wystarczy, że spojrzymy na twoją głowę i już mamy odpowiedź. Nie wiesz do czego służy szampon.
Riposta Syriusza nie była zbyt trafna, ponieważ nikt się nie zaśmiał, a może nawet nie zauważyli, że gospodarz się odezwał. Po kolejnej fazie milczenia przerywanej odgłosami chrapania Snape’a, który zdążył już zasnąć, Harry nie wytrzymał i wybuchnął:
– Czy będzie ktoś łaskaw wyjaśnić mi, co ja tu robię i w jakim celu zostałem tutaj wezwany? Jeśli Snape ma zostać doprowadzony do porządku, to nie potrzebujecie mnie, tylko pani Pomfrey – gdy Harry zwolnił, aby złapać oddech, Lupin wtrącił swoje trzy grosze:
– Profesor Snape, Harry. Nie chodzi o to, abyś doprowadził Snape’a do porządku, chociaż to też by się przydało. Mamy pewien problem, bo widzisz Harry… - Remus urwał, zastanawiając się, jak wyjaśnić sytuacje chłopcu.
– Gdy Smarkerus przeholował z Ognistą, był z nim Lucjusz Malfoy – oznajmił szybko i jasno Syriusz.
Harry parsknął  śmiechem, ponieważ była to jedna z głupszych rzeczy jakie usłyszał. Jaki normalny szpieg upiłby się wraz z jednym z najbardziej niebezpiecznych wrogów? To musiał być kolejny dowcip, ale nikt prócz Harry’ego się nie zaśmiał, oznaczało to tylko jedno, Snape był idiotą.
– To idiota – warknął Moody i pokuśtykał w stronę Pottera. – Słuchaj chłopcze, Severus pod wpływem tak mocnego trunku mógł się zapomnieć i powiedzieć o paru sprawach Zakonu i o Tobie… - potem dodał  pod nosem -  a mówiłem, żeby nie pić nic, co nie zostało przez nas przygotowane.
– A ja sądzę, że z Luckiem było jeszcze gorzej i nie będzie nic pamiętać – wtrąciła Tonks. Jak zwykle miała inne zdanie, a może po prostu lubiła droczyć się z Szalonookim? Darzyła go szacunkiem, ale uważała, że niektóre z jego metod są przestarzałe.
– Wy młodzi jesteście tacy nieostrożni! Do licha z wami!- wrzasnął Moody i pokuśtykał na drugi koniec pokoju.
Nagle Snape chrapnął głośno i obślinił się, a Tonks skrzywiła się z obrzydzenia i szturchnęła Severusa w ramię.
– Co się stało? – zapytał przestraszony, gdy został nagle obudzony. Harry miał na końcu języka złośliwą odpowiedź, ale powstrzymał się przed wypowiedzeniem jej na głos.
– Severusie, zostaniesz teraz z Harrym, a my wyjdziemy, dobrze? – zapytał uprzejmie Lupin.
– Z Potterem? – odpowiedział Snape pytaniem na pytanie i roześmiał się na całe gardło, a był to śmiech szaleńca.
– Jak to? Wy zamierzacie wyjść nie wiadomo gdzie, a ja zostanę z nim sam? – spytał Harry wskazując miejsce, gdzie siedział nauczyciel. Nie za bardzo rozumiał, co się dzieje. Zaczął się denerwować, ponieważ zostanie sam na sam z pijanym Snapem było chyba gorsze od walczenia z Bazyliszkiem.
– Harry, o nic się nie martw. Profesor Dumbledore przybędzie za niecałą godzinę, my natomiast musimy pędzić do hrabstwa Wiltshire do posiadłości Malfoy’ów. Ważne jest, abyśmy użyli Obliviate zanim Lucjusz spotka się z Voldemortem – wyjaśnił Remus.
– Ale dlaczego jedziecie wszyscy? Syriusz też? Przecież miał siedzieć w domu… - zaczął tłumaczyć desperacko Harry.
– Nie dyskutuj – warknął Syriusz swoim psim tonem. Zdrajca – pomyślał Harry, zawsze się zgadzali, a teraz jego ojciec chrzestny chciał skazać go na pastwę losu.
– Ale Dumbledore… - Harry podjął kolejną próbę.
– Dumbledore’a tu nie ma, a ty na niego poczekasz. Idziemy wszyscy, ponieważ mamy do załatwienia jeszcze parę innych spraw – wyjaśnił Syriusz i postawił sprawę jasno.
– Ale… Dlaczego ja? – zapytał spanikowany Harry. Czy nie mogli znaleźć lepszej opiekunki niż Wybraniec?
– Zrozum Harry, ty też potrzebujesz schronienia, a przy okazji  możesz zająć się profesorem Snape’m – wyjaśnił spokojnie Lupin, jak zwykle był opanowany.
W końcu do dyskusji wtrącił się Snape, który chciał mieć ostatnie zdanie:
– Idźcie już, a ja zostanę z Potterem i odpytam go z Eliksirów dla zaawansowanych.
Wszyscy, oczywiście prócz Harry’ego, skinęli głowami i  ruszyli w stronę wyjścia.
– Teraz Potter może będziesz łaskaw wyjaśnić mi, jakie składniki są potrzebne do przygotowania Wywaru Żywej Śmierci? Chyba, że pojemność mózgu Chłopca Który Przeżył została uszkodzona wraz ze zrobieniem tej szkaradnej blizny, która szpeci twoje szlachetne czoło? – zapytał sarkastycznie Snape. Nawet Ognista nie potrafiła sprawić, aby był nieco milszy, mógł być tylko gorszy. Harry skupił się na ciętej ripoście i nie zauważył, gdy członkowie Zakonu wyszli, usłyszał jedynie trzask drzwi.
– Co jest do jasnej… - zaczął i przerwał widząc spojrzenie Snape’a. Mistrz Eliksirów z pewnością odjąłby dziesiątki punktów Gryfonom, gdyby usłyszał przekleństwo z ust Harry’ego.
Od razu, gdy zostali sami, Snape przestał interesować się Harry’m i wyciągnął butelkę trunku zza pazuchy. Harry westchnął po usłyszeniu pyknięcia korka i wypiciu potężnego łyku przez swojego nauczyciela. Po chwili zdał sobie sprawę, że od przybycia na Grimuald Plac cały czas stoi, a więc zajął fotel na przeciwko Snape’a. Miał nadzieję, że Mistrz Eliksirów zaraz zaśnie i da mu święty spokój, nie chciał wysłuchiwać sterty wyzwisk, które z pewnością mogły padać z ust nauczyciela.
– Pianino – powiedział nagle Snape, a Harry drgnął lekko.
– Słucham? – zapytał nie rozumiejąc o co chodzi.
– Pianino, Potter, taki instrument! – odparł oburzony Snape z myślą, iż ktoś może być, aż tak tępy i nie rozumieć jednego, prostego słowa.
– Co z nim? – zapytał głupkowato Harry ledwie powstrzymując śmiech.
– Potter, czy ty naprawdę jesteś tak głupi, na jakiego wyglądasz? Przynieś mi pianino! – nakazał Snape i wypił kolejny, potężny łyk, a następnie czknął.
Harry stwierdził, że Mistrzowi Eliksirów totalnie odbiło. Skąd niby miał zdobyć pianino i po jakiego grzyba?
Potter zignorował prośbę, a raczej rozkaz i zaczął obserwować bezmyślnie ścianę. Była brudna, a złuszczona farba odpadała w niektórych miejscach. Gdy po ukończeniu szkoły zamieszka tu wraz z Syriuszem wyda sporo galeonów na renowację. Myśl o wspólnym, szalonym życiu ze swoim ojcem chrzestnym wydała się Harry’emu bardzo pokrzepiająca i sprawiła, że mimowolnie się uśmiechnął. Snape nie mógł tego nie zauważyć, dlatego odchrząknął:
– Potter z czego się tak cieszysz?! Gdzie moje pianino?! – zapytał z pretensją w głosie, jakby za całe zło świata winny był Harry.
– Skąd mam wziąć pianino dla pana profesora? – spytał znudzony, rozmowa ze Snape’m była jedną z grupy tych żałosnych i nie klejących się.
– A skąd ja mam to wiedzieć, Potter? Myślisz, że jeśli jesteś Złotym Chłopcem, to wszystkie odpowiedzi zostaną podane Ci na tacy? Wysil mózgownice i postaraj się pomyśleć – wysapał w odpowiedzi i wypił kolejny łyk, tym samym opróżniając butelkę.
Harry zmarszczył brwi i spojrzał na Snape’a nienawistnym wzrokiem. Dlaczego wszyscy w około uważali Harry’ego za upośledzonego?
– Poszukam panu tego cholernego pianina! – wrzasnął Harry i gwałtownie wstał z fotela. Teraz mógł udać się do innego pokoju i udawać, że spełnia zachciankę nauczyciela, a tak naprawdę będzie wylegiwać się w miękkim łóżeczku. To była kusząca myśl. Harry ruszył przez pokój, a Snape wyciągnął kolejną butelkę. Potter zastanawiał się, czy Snape musiał użyć zaklęcia zmniejszająco – zwiększającego, aby pomieścić cały swój ekwipunek. Pytanie to nie zaprzątało jego głowy zbyt długo, ponieważ jego myśli powędrowały do sypialni, a nogi posłusznie podążały za nimi. Harry wspiął się po schodach i otworzył drzwi pokoju, który dzielił wraz z Ronem w ubiegłe wakacje. Gdy wszedł do pomieszczenia, pomyślał, że ma zwidy. Na środku pokoju stał stary, mahoniowy fortepian. Potter podszedł do niego i pogładził klapę. Poczuł zimne drewno, a więc to nie mogły być halucynacje. Fortepian naprawdę tu był!
Tylko po co Syriuszowi fortepian? Z tego, co Harry wiedział, jego ojciec chrzestny nie należał do ludzi utalentowanych muzycznie.
Z zamyśleń wyrwał go hałas. W holu ponownie został przewrócony jakiś mebel, tym razem nie była to Tonks. Portret matki Syriusza ponownie zaczął swój koncert:
– Szlamy! Zdrajcy krwi!
Teraz jednak dał się słyszeć głos, który przekrzykiwał Walburgie Black.
– Zamknij się! Ja jestem zdrajcą krwi?! A co ty powiesz o sobie szkarado? Skąd się tutaj wzięłaś? Kto cię wpuścił? Odpowiadaj, natychmiast! – wrzeszczał Snape. Ich głosy zlewały się w jedno i były nie do zniesienia. Harry w mgnieniu oka zeskoczył ze schodów i zakrył obraz. Nastała cisza, po której odezwał się Snape:
– Widzisz, jak jej nagadałem Potter? Uciekła, a ty tylko stałeś i nic nie zrobiłeś.
Harry zdążył jedynie westchnąć i wymamrotać coś, o „fortepianie stojącym na górze”.
– Fortepian, Potter? Miało być pianino! Czy tak trudno zrozumieć, taką podstawową rzecz? Niech już będzie, z braku laku może być fortepian, ale Hufflepuff… nie czekaj ty jesteś Gryfonem… Gryfindor traci 50 punktów! – zagrzmiał Snape i chwiejnym krokiem ruszył ku górze.
Harry chciał protestować, ale dyskusja ze Snape’m była tylko stratą czasu.
Potter podążył za swoim nauczycielem. Gdy znalazł się w pokoju, Mistrz Eliksirów siedział już na stołku przy instrumencie. Harry zajął miejsce obok. Czy Snape zamierzał grać? To z pewnością byłoby zabawne, chłopiec żałował, że nie ma aparatu pod ręką.
Severus odchrząknął, rozprostował palce i zaczął grać IX Symfonię Beethovena. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nie fałszował, a przynajmniej tak myślał Harry, któremu być może słoń nadepnął na ucho.
Chłopak wsłuchał się w muzykę i stwierdził, iż Beethoven również musiał być czarodziejem. Przemawiały za tym dwa argumenty. Pierwszy; muzyka była piękna, zaczarowana, a drugi; Snape nie zagrałby mugolskiego utworu.
Następnie Harry usłyszał jeszcze V Symfonie Beethovena, Marsz Turecki Mozarta, Dla Elizy znów Beethovena. Wszystko było przepiękne do czasu, gdy Snape nie zaczął grać fragmentów opery Upiór w Operze.
Ostatni utwór okazał się katastrofą. Bez fletów, klarnetów, trąbek, skrzypiec, wiolonczeli i wielu innych instrumentów pomysł zagrania tego był niedorzeczny. Nie można było wydobyć całego piękna jedynie z fortepianu.
– Co to jest?! – wrzasnął Harry słysząc okropne dźwięki, Snape nie potrafił nawet zachować odpowiedniego tępa.
Potter zatkał uszy i próbował powstrzymać pianistę od tej kaźni. Snape niewzruszony nadal kontynuował swój koncert, który był nie do zniesienia. Na ratunek Harry’emu do pokoju wkroczył Dumbledore. Chłopak zupełnie zapomniał, że dyrektor miał zjawić się w kwaterze głównej Zakonu Feniksa.
– Jak dobrze, że pan jest, panie profesorze. Nie mogę znieść Snape’a i… tego – oznajmił Harry i wskazał na nauczyciela. Dumbledore uśmiechnął się dobrodusznie, a jego niebieskie oczy z nad okularów połówek mówiły; nie jest tak źle.
– Profesora Snape’a, Harry… - upomniał go dyrektor. – Uważam, że Severus jest nawet dobry i powinien grać do hymnu naszej szkoły.
Harry nie mógł uwierzyć, że Dumbledore mówi serio. Przekonał się o tym, dopiero gdy dyrektor zaczął podrygiwać. Tego było już za wiele! Czemu tego dnia wszyscy byli przeciwko niemu?
Zdenerwowany Harry wyciągnął różdżkę i wycelował nią w stronę Snape’a, który nic nie zauważył.
Expelliarmus! – krzyknął chłopiec i promień światła uderzył Mistrza Eliksirów, który upadł na podłogę i uderzył głową o fortepian. Był nieprzytomny.
– Harry, to nie było dobre posunięcie – oznajmił spokojnie Dumbledore. – Teraz Severus odejmie Gryffindorowi sporą ilość punktów.
Harry nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać. Dumbledore’a bardziej obchodziło, czy jakiś dom nie straci punktów, niż stan zdrowia ciała pedagogicznego.
Harry wzruszył ramionami:
– Trudno. Na szczęście nie muszę nadal słuchać tego żałosnego koncertu – stwierdził Harry.  
Tak właściwie nie był pewien, czy Snape będzie pamiętał, co wydarzyło się tego wieczora, w końcu był pijany.

sobota, 7 września 2013

Życie po śmierci



Dziś zamieszczam kolejny tekst do fandomu Chirurgów. Został napisany w okolicach poprzedniego. Można uznać go za kontynuację ff pod tytułem "Ból", ale nie jest to konieczne. 
Autor: Alice K
Fandom: Grey's Anatomy 
Spoiler: Do końcówki 5 sezonu i początku 6. 

Życie po śmierci

— O’malley miał wypadek. Jego mózg jest martwy.

Śmierć jest najpewniejsza rzeczą na ziemi. Nie wiemy kiedy, gdzie i w jaki sposób umrzemy. Wiemy tylko, że kiedyś nadejdzie taki czas. Czasem nastąpi to o wiele szybciej, niż się spodziewaliśmy…

Drzwi windy otworzyły się. Miała na sobie różową sukienkę z balu. Wyglądała pięknie. Nadal była w windzie patrząc na mężczyznę, który stał naprzeciwko. Nie był to Denny, tylko George. Czekał na nią. Założył mundur, ostrzygł włosy. Uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. Wpatrywali się w siebie, ciągle uśmiechając.
— Hej George! - przywitała się w końcu.
— Hej Izzie! - odparł i wyciągnął rękę w jej stronę. Już po nią sięgała, chciała chwycić podaną dłoń, ale otworzyła oczy.
Leżała w sali szpitalnej, a nad nią stał szef. Mówił coś. Z początku nie wiedziała, o co chodzi, potem doszedł do niej sens słów:
— Stevens, słyszysz mnie?! - Owszem słyszała, jednak nie miała siły, by odpowiedzieć. Sięgnęła dłonią po rurkę, która pomagała w oddychaniu. Chciała się jej pozbyć, przeszkadzała jej.

***

— Życzę sobie guza mózgu. Przez cały czas życzę sobie ogromnego guza, który będzie uciskać mój mózg, żebym miała halucynacje o Georgu… żebym mogła z nim znów porozmawiać, znów się z nim śmiać. Brakuje mi go. Brakuje mi go cały czas, a ja chcę tylko przez chwilę poczuć się lepiej.*

***

Wstała rano. Obudziła się w przyczepie obok Alexa. Wstała i ruszyła do łazienki. Przemyła twarz i spojrzała w lustro. Zobaczyła odbicie. Swoje i Georga, który stał za nią. Uśmiechnęła się, on też się uśmiechał.
— Hej George! - przywitała się.
— Hej Izzie! - odparł.
— Jak się czujesz? - spytała tak, jak pytała go zawsze. Witali się i pytali o samopoczucie. Jak przyjaciele.
— Dobrze, a ty?
— Przecież dobrze wiesz jak - odpowiedziała i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Rozmawiali tak, jak zawsze.
— Jesteś prawdziwy, racja? - zapytała, choć znała odpowiedź.
— Jestem tu dla ciebie, Izzie.
Znowu zachichotała.
— Nie mów tak, przerażasz mnie. Denny mówił tak samo… Właśnie, co u niego?
— Dobrze. Ma się dobrze.
Wiedziała, choć i tak spytała się o Denny’ego. Wiedziała, że czuje się dobrze. George też miał się w porządku. Ona również mogła powiedzieć, że wszystko się układa. Miała raka, ale teraz miała też Georga.
— Czy mogę cię dotknąć? — zapytała. Znów skinięcie głową.
— Tak. Jestem tu dla ciebie, Izzie.
Podeszła do niego i dotknęła. Położyła dłoń na jego piersi. Poczuła bicie serca, poczuła, że on żyje. Musiał żyć, żył tak samo, jak ona. Oboje żyli, żadne z nich nie było martwe.
— Jesteś prawdziwy - stwierdziła ze spokojem. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Jej usta prawie dotykała jego warg. Chciała go pocałować w chwili, gdy usłyszała pukanie do drzwi łazienki.
— Iz, co tam robisz? Wychodź już - poprosił Alex.
— Już wychodzę! - odkrzyknęła, a następnie zwróciła się do Georga. — Porozmawiamy później.
Pocałowała go krótko w usta i wyszła.

***

— George, wierzysz w niebo - spytała nagle. Pytała go o różne rzeczy. Rozmawiali cały czas.
— Moja mama jest katoliczką, więc tak, raczej tak. A ty?
— Ja też. Tak myślę.
Siedzieli obok siebie i rozmawiali. Tak, jak zawsze. Tak, jak od kilku dni. Rozmawiali przez wiele godzin dziennie. Mówili o wszystkim i o niczym. Byli przyjaciółmi. Dobrymi przyjaciółmi. Nikt nie wiedział, ze halucynacje wróciły. Izzie nie powiedziała nikomu, nawet Alexowi. Nie chciała tracić Georga po raz drugi. Nie zniosłaby tego. Rozmawiali, dopóki drzwi przyczepy się nie otworzyły.
— Wróciłem! - zawołał Alex, a chwilę później usiadł przy Izzie.
— Hej - przywitała się Izzie i pocałowała męża.
— Robię się zazdrosny - powiedział George, a ona to zignorowała.
— Mówię serio - dodał, a ona uśmiechnęła się. Alex pomyślał, że do niego, więc znów  się pocałowali.
— Wynajmijcie sobie pokój - nakazał George, a Izzie zachichotała.
— Nie bądź głupi.
— Słucham? - zapytał Alex, który myślał, że zwraca się do niego.
— Nic. Nie mówiłam do Ciebie.
— Iz, o co tu chodzi? Czy znów rozmawiasz z Dennym? - zapytał z niepokojem.
— Nie - odparła zgodnie z prawdą. Nie rozmawiała z Dennym, nie rozmawiała z nim od dawna. Teraz miała Georga. Rozmawiała z żywym przyjacielem, nie z martwym Dennym.
— Więc, co jest do diabła?!
— George. George wrócił.

***

Guz. Kolejny rezonans wykazał guza mózgu. Derek mógł operować, guz był ulokowany w dostępnym dla niego miejscu. Teraz czekał tylko na zgodę. Izzie musiała jej udzielić, a on mógł przeprowadzić operację w każdej chwili. Alex wiedział, jaka będzie decyzja Izzie. Będzie walczyć. Zaczęła walkę i nie miała zamiaru poddać się zanim jej nie wygra.
— Sheperd może cię operować jeszcze dziś.
— Nie, Alex. Nie będzie żadnej operacji.
— Co?
— Nie zgadzam się. Prawda George? Nie zgadzamy się.
— Ta decyzja należy do ciebie, Izzie - odparł George, ale czuła, że on również nie chce, aby miała tą operację.
— Iz, to tylko halucynacja. On nie jest prawdziwy! Musisz to skończyć. Pożegnaj się ze swoim koleżką i jedź na sale operacyjną. Tutaj nie ma się, co zastanawiać. Jesteś moją żoną. Zrobisz to! - Alex krążył po Sali zdenerwowany wahaniem dziewczyny. Ale ona nie chciała. Dać się pokroić i stracić Georga? Przyjaciela.
— Nie.
Alex zatrzymał się. Chwycił zgodę na operację i podszedł do Izzie.
— Podpiszesz to teraz!                 
— Nie. Nie stracę Georga - zaczęła rozpaczliwie. — George, powiedz coś.
— Jestem tu dla ciebie, Izzie.
Przez łzy zaśmiała się.
— Nie chcę operacji, chcę Georga.

***

Drzwi windy otworzyły się. Miała na sobie różową sukienkę z balu. Wyglądała pięknie. Przed nią stał George. Uśmiechał się tak, jak ona. Nie miał munduru. Miał na sobie garnitur. Wpatrywali się w siebie, ciągle uśmiechając.
— Hej George! - przywitała się tak, jak witała się zawsze.
— Hej Izzie! - odparł i wyciągnął rękę w jej stronę. Sięgnęła po nią. Odczekała sekundę, a potem złapała za dłoń. Oboje wyszli z windy. 

Śmierć spotyka każdego z nas. Wszyscy umierają, gdy przyjdzie na nich pora. Nasze rodziny, znajomi zazwyczaj nie spodziewają się tego. Nasza śmierć szokuje ich. Każdy umiera, gdy przyjdzie na niego czas, choć znajomi zazwyczaj nie spodziewają się tego.
Umierają wojownicy, bohaterzy, aż w końcu wszyscy ludzie na ziemi. Lecz gdy nadejdzie już moment, w którym trzeba odejść, mamy nadzieję, że ktoś na nas czeka…

Na monitorze pojawiła się prosta linia. Isobel Stevens odeszła.

*Fragment odcinka 6x02              

środa, 4 września 2013

Maślane oczka

Dzisiaj wstawiam droubbla (podwójny drabble), który ma równo 200 słów. Tekst został napisany kilka miesięcy temu do fandomu House'a. Nie jestem szczególnie zadowolona z tego tekstu, ale wrzucam.

Autor: Alice K
Fandom: House M.D. 
Ostrzeżenie: Hilson, pre-slash!



Maślane oczka

— House, proszę... — zaczął Wilson — ...musisz się zgodzić.
— Powiedziałem nie i zdania nie zmienię.
— House, dlaczego jesteś taki uparty? Kiedy ostatnio Cię o coś prosiłem? — spytał James z pretensją.
— Tydzień temu, gdy ciotka Grace przyjechała do Ciebie. Kazałeś mi nocować u Chase, aby nie dowiedziała się o Twoich… skłonnościach – oznajmił House, a na jego twarzy pojawił się triumfalny uśmiech. Uwielbiał wypominać Wilsonowi, że jest gejem.
Wilson przez chwilę się zastanawiał, a potem zaczął powoli, uważając na każde słowo:
— Po pierwsze, poszedłem Ci na rękę, nienawidzisz ciotki Grace. Po drugie, też masz... — tu Wilson odchrząknął — ...takie same skłonności. Po trzecie, nie przeprosiłeś mnie jeszcze za to, co wydarzyło się u Chase'a.
To był cios poniżej pasa, ale House nie dał tego po sobie poznać.
— Po pierwsze, ja kocham ciotkę Grace, a ona chyba kocha mnie, bo zawsze ze mną flirtuje. To ja poszedłem Ci na rękę, nie chciałem byś na to patrzył... — Tymi słowami House pogrążył się jeszcze bardziej.
— Jasne, lepiej, żebym patrzył na Ciebie i Chase'a obściskujących się na kanapie! — wrzasnął Wilson.
— Powiedziałem, nie — znów zaczął House.
— Proszę... — Wilson zrobił maślane oczka i spojrzał na House'a, który w końcu dał za wygraną.
— Niech już będzie! Obejrzę z Tobą, tego cholernego „Titanica”.
 

poniedziałek, 2 września 2013

Ból

Przedstawiam Wam mój pierwszy ff do Grey's Anatomy. Został napisany około dwa miesiące temu, od razu po obejrzeniu przedostatniego odcinka 5 sezonu.

Autor: Alice K
Fandom: Grey's Anatomy
Spoiler: Do 5 sezonu. 



Ból

— Izzie ma IV stadium czerniaka z przerzutami do mózgu, wątroby i skóry.

Ból spotyka nas codziennie. My, czyli lekarze, widzimy go bez przerwy, ale rzadko dotyczy nas samych. Nasi pacjenci cierpią, odczuwają bóle różnego rodzaju, fizyczne bądź psychiczne. Jednak jest to bez znaczenia. Nie ważne jest podłoże naszego bólu, ważne jest to, że cierpimy…

— O’Malley! - Dr Bailey zawołała mnie, gdy zjawiłem się na korytarzu. Chwilę wcześniej asystowała Cristinie przy pierwszej operacji solo. Od razu po wyjściu z sali operacyjnej, wezwała mnie pagerem.
— Dr Bailey, czy coś się stało? - zapytałem uprzejmie. Dr Bailey zawsze wzbudzała szacunek, nawet wśród starszych rezydentów. Spojrzałem na nią, a jej twarz chciała mi przekazać: „Mam złe wieści, O’Malley. Bardzo złe.”.
— O’Malley, chodź ze mną. Twoi przyjaciele już wiedzą - odparła, nie wyjaśniając, o co chodzi.
— Co się stało? Czy ma to związek z operacją Cristiny?
— Nie. Chodzi o Stevens.
Izzie? Bailey wyglądała na zmartwioną, a to oznaczało, że Izzie stało się coś złego. Jestem jej przyjacielem, a o niczym nie wiedziałem. Nie byłem pewny, czy chodzi o jej córkę? A może miał wyjaśnić się powód jej niepokoju? W ostatnich dniach chodziła smutna i przygnębiona, nic mi nie mówiła, nie rozmawiała ze mną.
Po przejściu korytarza, stanęliśmy przed jedną z sal.
— O’Malley, muszę cię ostrzec, wyjaśnić co się dzieję. Dr Stevens… to znaczy Izzie, ona… ona ma raka skóry w IV stadium z przerzutami do mózgu, wątroby i skóry. — Dr Bailey nie owijała w bawełnę, nigdy tego nie robiła. Powiedziała wszystko prosto z mostu. Z początku nie dotarł do mnie sens jej słów, ale potem poczułem ból, ukłucie w sercu.
Wszedłem do środka. Meredith, Alex i Cristina już tam byli. Na łóżku leżała Izzie. Taka, jak zawsze, tylko bez radosnych ogników w oczach. Tak samo było po śmierci Denny’ego, straciła radość z życia. Teraz wszystko wracało ze zdwojoną siłą, ponieważ ja też czułem ten ból.
— Hej, jak się czujesz? - zapytałem z troską, a ona posłała mi słaby uśmiech. Nie chciała, abym się martwił, nie chciała przysparzać problemów.
— Dobrze - skłamała. Odpowiedziała krótko, ponieważ nie chciała roztrząsać tej sprawy, nie teraz. Nie była jeszcze na to gotowa.
Potem zmieniła temat. Bała się i nie chciała czuć również naszego strachu. Wszyscy się baliśmy, a niektórzy jeszcze bardziej niż ona. Baliśmy się, bo ją kochamy… bo ja ją kocham.
Rozmawialiśmy przez godzinę o wszystkim i o niczym. Cristina, za namową Izzie, opowiedziała przebieg operacji, którą przeprowadziła samodzielnie, zaledwie kilka godzin temu. Meredith zamartwiała się o Dereka, aż w końcu wyszła, by do niego jechać. Alex trzymał Izzie za rękę. A ja? Ja patrzyłem. Na jej blond włosy, brązowe oczy, łagodne usta i piękną twarz. Potem wyszedłem.
Zostałem wezwany przez pager do mojego pacjenta. Miałem dyżur i nie mogłem spędzić z nią więcej czasu. Idąc korytarzem uświadomiłem sobie, co tak właściwie się stało. Izzie nie przyszła z problemem do mnie, do przyjaciela. Zapomniała, ze może mi zaufać. Drugie ukłucie w sercu,  ból.
Dowiedziałem się ostatni, zresztą jak zwykle.  George O’Malley zawsze na samym końcu. Nie zdał egzaminu, wziął ślub i rozwiódł się, nie potrafił zatrzymać przy sobie dziewczyny, którą kocha. Tak, to ja. Frajer jakich wielu.
W końcu doszedłem do sali pacjenta. Mogłem na chwilę zapomnieć o wszystkim, zająć się tylko swoją pracą. Teraz pacjent był najważniejszy. Zbadałem go, a następnie zaczęłam wypełniać papiery. Mogłem zlecić to stażyście, ale nie chciałem znów wrócić do myślenia o Izzie. Jednak wszystko wróciło do mnie ponownie. Byłem wściekły, że dowiedziałem się ostatni. Poczułem również satysfakcje, że Alex nie był pierwszy. Jednak odczułem coś jeszcze, ból.
***
 Callie wyznała mi, że życzyła jej śmierci. Wiedziałem, iż nienawidzi Izzie, miała ku temu powody. Przespałem się z nią, gdy byliśmy małżeństwem. Jednak teraz wszystko się zmieniło. Callie chyba wybaczyła i namawiała mnie, aby się z nią zobaczył, jednak byłem tchórzem. Nie potrafiłem i chyba nie chciałem. Bałem się cierpienia, bałem się bólu.
***
Ślub Meredith i Dereka planował długo. Pozwolił jej zapomnieć o chorobie, dał jej trochę szczęścia. Żyła tym ślubem, zadowolona, że Meredith będzie miała swój piękny dzień. Dla takich chwil chciała walczyć. A ja walczyłbym z nią, gdyby tylko poprosiła. Walczyłbym z jej bólem, ze swoim bólem.
Wieczorem miał odbyć się ślub. Kaplica był gotowa. Tego samego dnia Meredith miała świetny nastrój, szef pozwolił jej wykonać operację solo. Wszystko musiało się udać, jednak plany uległy zmianie. Zmianie na gorsze, o wiele gorsze. Karev się oświadczył, oświadczył się Izzie, mieli zająć ślub Sheperda i Meredith, zostać małżeństwem. Kolejne ukłucie, tym razem rozdzierające serce, okropny ból.
Siedziałem w ławce i ujrzałem ją. Piękna w białej sukni. Zaczęła iść w stronę ołtarza, ale w połowie drogi zachwiała się. Wstałem i podałem jej rękę. To był jej dzień, musiał być udany. Zaprowadziłem ją do ołtarza z myślą, iż sam chciałbym przy nim stać. Stać obok niej, obok mojej Izzie.
Potem kolejne etapy bólu. Przemowa Alexa, słowa księdza i pocałunek. Ból nie mijał, został i trwał.
***
Następnego dnia dowiedziałem się, że Denny wrócił. Ponoć stało się to w dzień ślubu, ale jak zwykle wiedziałem, jako ostatni. Izzie znów miała halucynację. Sheperd odkrył mały guz w jej mózgu. Bałem się, bardziej niż ona. Nie zniósłbym jej śmierci, za dużo bólu. Wciąż go czułem. W sercu rozwijał się od dłuższego czasu, aby teraz uderzyć z największą siłą. Złamano mi serce. Ona je złamała.

Ból nie zawsze jest zły. Bez niego nie potrafimy wyznaczyć granicy. Dzięki niemu czujemy, jesteśmy ludźmi. Zawdzięczamy mu wiele, ale zazwyczaj nie chcemy go. Odsuwamy, jak najdalej można. Uśmierzamy na chwilę, albo uciekamy…

— Witamy w armii. - Podano mi dłoń. Następnie wyszedłem z wszystkimi dokumentami. Chciałem uciec, jednak ból nie minął. Nie udało się. Cierpiałem.


niedziela, 1 września 2013

Mój Severusie...

Dzisiaj napisałam krótką piosenkę o naszym kochanym Nietoperzu. Przedstawiam Wam ją niżej. Śpiewać na melodię "La cucaracha".

Dedykowane wszystkim Snaperkom.

Autor: Alice K
Fandom Harry Potter


Mój Severusie…

Mój Severusku, mój Severusku,
dlaczego szatą trzepoczesz?
Mój Severusie, mój Severusie,
czyś ty motyl, czy nietoperz?

Mój Sewerynie, mój Sewerynie,
czy ja widzę Cię, czy śnię?
Mój Sewerynie, mój Sewerynie,
pocałować Ciebie chcę!

Mój Snapie kochany, Snapie śliczny,
czemu słyszę gwar uliczny?
Czy to prawda, czy mi się zdaję,
przyszedłeś na mieście zjeść śniadanie?

Mój Snape’usiu, mój najlepszy,
czemu inne Ciebie chcą?
Ja Cię nie oddam nawet Granger,
Tyś na zawsze jesteś mój!

Ty Smarkerusie, straszny Brutusie,
wbiłeś sztylet w serce me!
Bym wybaczyła Ci romans z inną,
ale nie z Potterem tym, o fe!

Spotkania



Dziś zamieszczam swoje pierwsze drabble, które zostało napisane na początku maja. Pomysł rodził się w mojej głowie już wcześniej, ale spisanie tego na papier trochę trwało. Drabble ma równo 100 słów.
            
Autor: Alice K
Fandom: Harry Potter

Spotkania
 
Wakacje właśnie się zaczęły. Był ciepły, letni dzień. Dwójka dzieci siedziała na ławce w parku, pomiędzy nimi panowała cisza, przerywana jedynie podmuchami wiatru i świergotem ptaków. Po chwili milczenia czarnowłosy chłopak spytał się swojej przyjaciółki:
- Czy możemy się spotkać?
Rudowłosa zaśmiała się, on zawsze ją rozśmieszał.
- Przecież właśnie się spotkaliśmy - odparła uśmiechnięta.
- Tak, wiem, ale czy możemy spotkać się jutro?
- Oczywiście. Będzie fajnie - stwierdziła radośnie i znów się uśmiechnęła.
- A pojutrze? Możemy też się spotkać?
-Tak, będziemy widzieć się codziennie.

- A dzisiaj? Czy możemy spotkać się dzisiaj? - zapytał Severus i spojrzał w zielone oczy Lily, jednak jej zdjęcie nie odpowiedziało.