wtorek, 27 maja 2014

Rola

Tym razem prezentuję mój krótki crossover. Z braku lepszego tytułu niech będzie już ta nieszczęsna "Rola" :)

Autor: Alice K
Fandom: Glee/Supernatural


 Rola

— Zobacz. — Kurt pomachał ulotką, która informowała o castingu do musicalu wystawianego na Brodway’u. Rachel chwyciła kartkę i idąc przed siebie, przeczytała ją.
— Otrzymanie tej roli byłoby spełnieniem moich marzeń. Zrobiłbym wszystko, aby tu zagrać — stwierdził podekscytowany.
— Na pewno ci się uda. Będzie cudownie. — Berry również nie kryła entuzjazmu. W Nowym Yorku wszystko było magiczne i możliwe.
— Przećwiczysz ze mną piosenkę na przesłuchanie?
— Oczywiście, już nawet wiem, co możesz zaśpiewać. — Rachel klasnęła w dłonie.
— To musi być niezwykłe.
— I będzie. Teraz muszę biec na próbę do Funny Girl. Widzimy się wieczorem. — Dziewczyna ucałowała Kurta w policzek i pośpieszyła złapać taksówkę. Chłopak wciąż myśląc o możliwości dostania roli, wszedł do pobliskiej kawiarni. Za nim podążył obcy mężczyzna, który wcześniej przysłuchiwał się rozmowie przyjaciół. Nieznajomy podszedł do stolika, przy którym siedział Kurt i zwrócił się do niego:
— Mogę się dosiąść?
— Oczywiście — odparł Hummel. Wolałby siedzieć tu sam, ale wiedział, że to niegrzeczne odmówić komuś gościnności.
— Słyszałem, ze zamierzasz starać się o rolę w musicalu — zagadnął. Jego głos był ochrypły z wyraźnym akcentem.
— Skąd pan to wie? — zapytał chłopak podejrzliwie.
— Z ekscytacji zapomniałeś, że na ulicy nie powinno rozmawiać się tak głośno, aby nie usłyszeli cię wszyscy przechodnie.
Kurt oblał się rumieńcem. Może ten facet miał racje. Chłopak zanotował sobie w głowie, aby następnym razem ściszyć swój głos.
— Tak się składa, że mogę ci załatwić rolę bez przesłuchania. — Kurta zaskoczyła taka informacja.
— Jak to? Jest pan producentem? — zapytał wyraźnie zaciekawiony.
— Można tak powiedzieć. Tak przy okazji przyjaciele mówią na mnie Crowley.
— Kurt Hummel.
— Słuchaj Kurt, tak jak wspomniałem, mogę załatwić ci tę rolę.
— Jak znam życie, nie ma nic za darmo. Co chce pan w zamian?
— Powiedzmy, że za dziesięć lat po coś bym do ciebie przyszedł.
— Po co?
— Po twoją duszę.
Kurt prychnął. Ten cały Crowley widocznie był wariatem, nie producentem.
— Nie ma duszy. Tak samo jak nieba, piekła czy Boga.
— Uwierz, piekło istnieje, wiem coś o tym.
— To chyba koniec rozmowy — stwierdził Kurt i już zamierzał wstać od stołu.
— Poczekaj. Jeśli twierdzisz, że nie ma duszy, to czemu nie zawrzesz ze mną paktu?
Kurt zamyślił się na chwilę.
— Masz racje, w końcu niczego nie stracę.
— Ok. Musimy jeszcze zatwierdzić układ.
— Mam coś podpisać? Pakt krwi? — zakpił chłopak. Z jednej strony mógł uznać to za głupi żart, jednak z drugiej nie podobało mu się podpisywanie czegokolwiek. Facet mógł chcieć go w coś wrobić.
— Nie. Nie będzie żadnych podpisów. Tylko pocałunek.
Kurt popatrzył na demona z gniewem w oczach.
— To, że jestem gejem, nie oznacza, że będę dostarczał rozrywki każdemu facetowi, który szuka nowych wrażeń! Takie traktowanie do prześladowanie i homofobia! — Kurt wstał i szybkim krokiem wyszedł z lokalu, pozostawiając Crowley’a z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

piątek, 9 maja 2014

Misja

Witam!
Tym razem zamieszczam tekst, który został napisany specjalnie dla mojej przyjaciółki na urodziny, które ma dzisiaj. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!
A tu taki mały prezencik:
 

Uwaga: Tekst jest parodią!

Autor: Alice K
Fandom: Supernatural




Misja
— Żartujesz sobie ze mnie, prawda? — Dean spojrzał na Castiela. Twarz anioła zdawał się mówić, że nie jest mu do śmiechu.
— Wiem, że ci się to nie podoba, ale dostałem rozkazy.
— Nie pozwolę ci na to! — Dean zrobił krok w tył. — Tak poza tym nie jesteś archaniołem. Nie możesz…
— Mogę. Dostałem moc, aby to uczynić.
— Ale to jest nienormalne! Rozumiem Maryję, ale ja? Dlaczego?
— Dziecko musi pochodzić od ciebie. Będzie królem nowego świata. Tego po apokalipsie.
— Cas, co ty pieprzysz. Wraz z Samem zabijemy Lucyfera i nie będzie potrzebnym nam żaden zbawiciel, czy ktokolwiek inny!
— Nie zabijecie Lucyfera. Nie uda wam się to. On już wygrał wojnę.
— Więc powiem Michałowi „tak”. Zrobię wszystko, ale na pewno nie zgodzę się na niepokalane poczęcie.
— Dean, to nie będzie niepokalane poczęcie, ponieważ…— Cas miał zamiar wyjaśnić znaczenie pojęcia „niepokalane poczęcie”, ale Dean na to nie pozwolił.
— Cas, nie obchodzi mnie, czy to będzie niepokalane, pokalane, czy jeszcze inne poczęcie! Chodzi mi o to, że facet będący w ciąży to wariactwo. Jeszcze większym wariactwem jest fakt, że to ja mam być zapłodniony!
— To będzie bolało tylko przez chwilę. Potem wszystko wróci do normy.
— „To będzie bolało przez chwilę”? Te słowa mają mnie pocieszyć?
— Dean, nie jestem tutaj od pocieszania. Muszę wykonać swoje zadanie, swoją misję.
Castiel podszedł do Winchestera i za nim ten zdążył uciec, dotknął jego czoła. Światłość spłynęła na Deana.

Dziewięć miesięcy później:
— Sammy, wody mi odeszły! — Dean wykrzyczał te słowa w środku nocy, gdy wraz z bratem znajdywał się w małym, obskurnym hotelu. Gdy brzuch urósł mu do olbrzymich rozmiarów, musiał się ukrywać przed światem. Gdyby media dowiedziały się, że facet jest w ciąży, nie dałyby mu żyć.
— Trzeba wezwać Casa — odparł spanikowany Sam.
— Cas, ty sukinsynie! Przychodź tu w tej chwili, albo skopię ci tyłek. — Po tych słowach w pomieszczeniu pojawił się anioł.
— Już czas? — Nie czekając na odpowiedź, chwycił Deana, który zawył z bólu (skurczę się rozpoczęły) i położył go na łóżku.
— Nie mogę na to patrzeć. — Roztrzęsiony Sam wyszedł z pokoju, aby przejść się kawałek. Musiał zaczerpnąć świeżego powietrza, ponieważ cała ta sytuacja była lekko stresująca.
Tym czasem w hotelu działy się takie rzeczy, których nie chcielibyście wiedzieć. Krótko mówiąc, Castiel zrobił cesarkę i na świat przyszło dziecko.
— Jak je nazwiesz? — spytał Cas i podał Deanowi malutkiego chłopca.
— Nie wiem, może Led Zeppelin? — zapytał bardziej sam siebie. Odpowiedź widocznie usatysfakcjonowała anioła, który zmienił temat.
— Musisz wychowywać Leda do siódmego roku życia. Potem przejmie go niebo — wyjaśnił Cas. Na jego słowa Dean zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że niebiańskie sukinsyny chcą zabrać mu pierworodnego, którego już zaczynał lubić.
— Dlaczego niebo?
— Tam mieszkam.
— No i co z tego? To, że tam mieszkasz, nie znaczy, że… — W tym momencie Dean uświadomił sobie, że Cas jest drugim ojcem Zeppelina. — Ożesz w mordę czekoladę!
W pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza, która została od razu przerwana przez pojawienie się w pokoju Sama, który nabrał już tchu.
— Czy to mój bratanek? — zapytał głupio Sammy i podszedł do dziecka. — Dean, jak dasz mu na imię?
— Myśleliśmy nad imieniem Led Zeppelin — odpowiedział za niego Cas.
Sam, który studiował na Stanford i był bardzo mądrym i inteligentnym dzieckiem, dodał dwa do dwóch i wyszło mu, że Castiel jest drugim ojcem jego bratanka, czyli dziecka syna jego ojca i matki. 
— To wasze dziecko? — spytał zaskoczony młodszy Winchester i wytrzeszczył oczy.
— Tak, Sam. Przecież to logiczne. Jeśli zapłodniłem Deana, to jestem ojcem jego dziecka, które jest nasze.
Sam wyobraził sobie, w jaki sposób Cas mógł zapłodnić Deana i zrobiło mu się niedobrze. Stwierdził, że ponownie musi wyjść na dwór. Znów przydałoby mu się trochę świeżego powietrza.
— Wracając do kwestii wychowania naszego syna… — zaczął Dean po odejściu brata. Cas popatrzył na niego, aby dać do zrozumienia, że słucha. — Nie zgadzam się na rozdzielenie dziecka od rodziciela. Wychowamy naszego syna razem w małej chatce na Madagaskarze.
Castiel, któremu spodobała się myśl o mieszkaniu na wyspie i oglądaniu lemurów, nie dyskutował więcej.
— Zgadzam się, ale jest jeszcze jedna sprawa.
— Jaka? — spytał Dean i spojrzał na swojego synka z czułością.
— Sądzę, że Led Zeppelin powinien mieć rodzeństwo.

sobota, 3 maja 2014

Zabiłem Camelot



Tekst napisałam parę miesięcy temu. Taka krótka miniaturka o Arturze.

Autor: Alice K
Fandom: Merlin BBC

Zabiłem Camelot

— Zabiłem Camelot — mówi Artur stojąc na wieży zamkowej. Patrzy na miasto, które popadło w ruinę. Swąd palonych ciał unosi się w powietrzu. Do uszu króla dobiega lament i płacz mieszkańców.
— To nie twoja wina — tłumaczy Merlin. Przyjaciel nie chce go słuchać. Przed oczami wciąż ma obraz umierających. Ich ciała, które ulegały rozkładowi, jątrzące się rany, gorączka i umieranie w katuszach.

— Doprowadziłem Camelot do ruiny — przyznaje Artur nakładając siodło na swojego konia. Zamierza przygotować się do wyprawy i szukać ratunku w sąsiednich państwach. Jeśli będzie trzeba, poprosi o pomoc czarodziejów. Nie zawaha się użyć magii, aby uratować swój lud.
— Jadę z tobą — oznajmia Merlin. Zamierza wyruszyć za przyjacielem nawet wtedy, gdy ten mu zabroni. Wie, że król potrzebuje ochrony. Magia Merlina nie jest na tyle silna, aby uratować królestwo, jednak może pomóc Arturowi.

— Ludzie giną przeze mnie! — krzyczy Artur. Poczucie winy jest zbyt wielkie. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że bycie królem oznacza odpowiedzialność. Często nie zgadzał się z rozkazami ojca, uważał je za nierozsądne. Mylił się.
— Ludzie giną przez czarnoksiężnika. Nie zrobiłeś nic złego — pociesza króla Merlin. Artur jednak go nie słucha.  Nie mógł zrzucić winy na kogoś innego. Wiedział, że sam się przyczynił do katastrofy jaka spotkała Camelot. Żałował wcześniej podjętych decyzji, jednak teraz nie mógł ich zmienić.

— Camelot upada, potrzebujemy pomocy — zwraca się Artur do czarodzieja spotkanego w puszczy. Ma nadzieję, że klątwa zostanie zdjęta. Zapłaci za to każdą cenę. Odda wszystko za uratowanie mieszkańców, skończenie tego wszystkiego.
Merlin zauważa, że Artur po raz pierwszy nie obwinia siebie za to, co się stało.

— Oni wszyscy zginęli, ponieważ… — Artur nie kończy zdania, Merlin mu przerywa.
— Nie, Arturze, oni nie zginęli przez ciebie. — Choć klęska się skończyła, król wciąż bierze na siebie odpowiedzialność za to, co się wydarzyło. Za śmierć wszystkich ludzi obwinia swoje decyzje i czyny. Wie, że długo będzie o tym rozmyślał. Jednak ma nadzieję, że teraz będzie lepszym władcą.

Jeszcze przez wiele nocy miał budzić się z krzykiem i myślą: „Zabiłem Camelot!”.